Nocka w krzakach na obrzeżach jakiegoś miasta. Dziwna sprawa ale co jakiś kawałek przy krzakach są porozstawiane wiaderka z wodą.
Dzień 31 (07.08.2014)– 103 km, łącznie 4194 km; Rano już wiedziałem o co chodzi z tymi wiaderkami. Wychodząc z namiotu zobaczyłem kobietę, która przy wiaderkach przypinała kozy. Zrobiłem długą przerwę na zwiedzanie Dubrownik.
Przepiękne miasto i wszędzie słychać tylko Polaków. Znalazłem nawet restaurację gdzie wisiały szaliki tylko polskich klubów. Dzisiaj mija miesiąc mojej podróży.
Dzień 32 (08.08.2014)– 157 km, łącznie 4351 km; Z Chorwacji zjechałem na Bośnię aby odwiedzić Mostar. Wyjeżdżając z miasta miałem pierwszą kolizję. Kierowca wyjeżdżający z parkingu mnie nie zauważył. Całe szczęście przytarł mi tylko lekko sakwy.
Dzień 33 (09.09.2014)– 151 km, łącznie 4502 km; Dzień bez szczególnych wydarzeń. Cały dzień słoneczny z drogą wzdłuż wybrzeża. Wieczorem udało się dojechać do Splitu.
Dzień 34 (10.08.2014)– 166 km, łącznie 4668 km; Dzień podobny do poprzedniego tylko że tym razem dojechałem do Zadaru. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że znalazłem pełne piwo przy drodze
:D
Dzień 35 (11.08.2014)– 141 km, łącznie 4809 km; Rano zmieniłem gumę bo w nocy zeszło powietrze. Po 2 km dętka wybuchła i znowu trzeba było zmieniać. Po 15 km sytuacja się powtórzyła, naprawiłem rower i poszedłem do pobliskiego sklepu. Gdy wyszedłem okazało się że znowu pękła dętka. Nie miałem już dętek i musiałem znaleźć wulkanizację. Całe szczęście była ledwie 1 km od sklepu. W warsztacie okazało się że pękła guma wyściełająca wnętrze obręczy i dlatego co chwile moje dętki wybuchały. Zdenerwowany nawet nie pomyślałem o zrobieniu większych zakupów i nawet nie przypuszczałem że przez najbliższe kilometry nie znajdę jakiegoś sklepu. 20 km przed Karlobag skończyła mi się woda.
Nie nauczony brakiem sklepów przez ostatnią cześć dnia w Karlobag zrobiłem małe zakupy , twierdząc że do wieczora znajdę jeszcze jakiś sklep. Gdy ok. 19 okazało się że wjeżdżam w rejon 60km parku narodowego postanowiłem złapać jakiś samochód aby poratował mnie butelką wody. Przez długi czas nie mogłem złapać nikogo, aż tu nagle zatrzymał się Warszawiak. Strasznie rozbawiła mnie ta sytuacja.
Dzień 36 (12.08.2014)– 140 km, łącznie 4949 km; 10 km przed ostatnim miastem w Chorwacji moja droga zamieniła się w ekspresówkę. Kompletnie się tym nie przejmowałem bo sporo już przejechałem kilometrów autostradami. Tym razem się nie udało. Dosyć szybko zostałem złapany przez policjanta na motorze. Całe szczęście mandat okazał się mały – 140 zł. Policjant był o tyle miły że pokazał mi drogę, która mogłem jechać dalej. Nocka już w Słowenii. Po tylu dniach w samotności coraz częściej dopadają mnie jakieś dziwne przemyślenia.
Dzień 37 (13.08.2014)– 146 km, łącznie 5095 km; Cudowny dzień. Ze Słowenii skręciłem kilkanaście kilometrów do Włoch aby zobaczyć romański kościół w Akwilei z przepięknymi mozaikami.
Później zacząłem się już prosto kierować na Lublanę. W miejscowości Adjoviscina pytając się o drogę, pewien mężczyzna zaproponował mi, że mnie podwiezie ponieważ czeka mnie potężny, stromy podjazd. Początkowo się nie zgodziłem ale ostatecznie uległem jego namowom. Przed podróżą zaprosił mnie jeszcze na kawę do kawiarni i podczas rozmowy okazało się że jest z Lublany i mógłby mnie tam podwieźć (70km). Zaprotestowałem, chciałem aby zabrał mnie tylko przez ten podjazd ale gdy wsiedliśmy do samochodu on odebrał telefon od żony i oznajmił mi: „dzisiaj moja córka wyjechała na 2 dni, i mam wolny pokój w domu dlatego jesteś dzisiejszej nocy u mnie gościem”. Aż ciężko w to uwierzyć ale dokładnie po tych słowach nastąpiło oberwanie chmury.
Dzień 38 (14.08.2014)– 0 km, łącznie 5095 km; Rano ciągle padało. Bogdan (tak miał na imię) oprowadził mnie po mieście i pomógł znaleźć hostel na kolejną noc bo nie było sensu jechać dalej w taką pogodę.
W pokoju trafiły mi się 3 Polki – dwie podróżowały autostopem po Słowenii a jedna jechała samotnie rowerem z Polski do Francji, przy czym sporo podjeżdżała pociągiem
:P Wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego, ciężko gdzie indziej znaleźć tak życzliwych ludzi jak tutaj. Są pomocni na każdym kroku. Jeśli wyjmiesz tylko mapę od razu się zatrzymują i pytają dokąd jedziesz i jak mogą Ci pomóc. To dopiero drugi dzień podróży kiedy nie pedałuje, przyda się odpoczynek bo do Polski mam już tylko 1100 km i nie planuje już nigdzie więcej robić przerw.
Dzień 39 (15.08.2014)– 164 km, łącznie 5259 km; Cały czas padało. Za namową Hani (kolarki z Polski) postanowiłem ominąć Austrię jadąc nieco dłużej, ale po płaskim terenie przez Węgry. Tuż przed Celje rozpadało się na dobre tak, że musiałem schować się pod przystankiem. Położyłem się na ławce i nagle zatrzymał się obok mnie samochód. Podszedł do mnie mężczyzna i zapytał się czy nic mi nie jest i czy dobrze się czuje. Wytłumaczyłem że schowałem się tylko przed deszczem a on wrócił się do samochodu i przyniósł mi batonik energetyczny. Co za ludzie. Pod koniec dnia na jednym ze zjazdów uzyskałem kolejny rekord prędkości – 66km/h.
-- 29 Paź 2014 19:52 --
Dzień 40 (16.08.2014)– 205 km, łącznie 5464 km;
Jechało się świetnie co widać po wyniku. Dzień słoneczny ale chłodny. Płaściuteńko jak na patelni. Wjeżdżając na Węgry spotkałem Polaka, który jechał samotnie rowerem do Rzymu, chwilę pogadaliśmy i dostałem od niego mapę Węgier.
Noce są coraz zimniejsze a mi ostatniej nocy zespól się suwak w śpiworze i muszę na noc zakładać na siebie wszystkie dostępne ubrania.
Dzień 41 (17.08.2014)– 157 km, łącznie 5621 km; Dzień bez szczególnych przygód… no może z wyjątkiem tego że 10 km przed Bratysławą spotkałem kolarkę z Wenezueli
:D
Dzień 42 (18.08.2014)– 178 km, łącznie 5799 km; Kolejna okropnie zimna noc. Przez cały dzień zmagałem się z przeskakującym łańcuchem. Zablokowało się chyba jedno oczko i stąd chyba te problemy. Jutro Polska, już nie mogę się doczekać. Muszę się spiąć aby udało mi się dojechać do rodziny w Dąbrowie Górniczej, a przeczuwam problemy z przedostaniem się z Gliwic do Dąbrowy.
Dzień 43 (19.08.2014)– 164 km, łącznie 5963 km; Cały dzień ulewa a ja wiedziałem że muszę jechać. Zupełnie inaczej się pedałuje cały dzień w deszczu kiedy ma się w głowie perspektywę kąpieli i nocki w ciepłym łóżku.
Gdy przekroczyłem granicę cieszyłem się jak dziecko, szybko powysyłałem smsy do rodziny i znajomych, a kto zadzwonił jako pierwszy? … Wizzair z informacją że odwołali mi z powodu wojny loty do Tel Avivu i chcieli się dowiedzieć czy już zdecydowałem się na nowy termin. Przepchanie się z Gliwic przez Zabrze, Bytom, Siemianowice Śląskie, Sosnowiec, Będzin do Dąbrowy Górniczej nie mając dokładnej mapy to istna masakra. Ale udało się.
Dzień 44 (20.08.2014)– 137 km, łącznie 6101 km; Ach jak cudownie się spało po tylu zimnych nockach w namiocie. Wstąpiłem jeszcze na Jasną Górę a kilka kilometrów za Częstochową złamał mi się bagażnik z jednej strony.
Całe szczęście bez większych problemów udało mi się go naprawić.
Dzień 45 (21.08.2014)– 183 km, łącznie 6284 km; Dzisiejszy dzień to mix ostatnich dwóch dni do 13 okropnie padało a od 13 wyszło słońce chodź było chłodno. Ostatnia nocka w namiocie bo do domu mam już 110 km.
Dzień 46 (22.08.2014)– 113 km, łącznie 6397 km; Już na początku urwał mi się bagażnik, tym razem z drugiej strony. 30 km przed Siedlcami wyjechał po mnie mój przyjaciel Piotrek. Rozmawiając z nim nawet nie wiem gdzie zleciały mi te kilometry.
Zajechaliśmy pod Ratusz na pamiątkowe zdjęcie, poprosiłem pierwszą przechodzącą kobietę o zrobienie zdjęcia i usłyszałem „NIE”. Ach tego mi brakowało, w końcu jestem u siebie. Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.
Dziękuję że część z Was dotrwała do końca relacji, wiem że nie było to łatwe, ponieważ nie ma daru do pisania takich rzeczy.
Ostro
:DMyślałem że będzie tutaj masa komentarzy, ale widzę że jestem pierwszy
:DCzytaliśmy ten opis z niedowierzaniem, że można być tak szalonym by pojechać samemu w taką podróż
:DI do tego tyle awarii roweru
:DNiewiarygodna wyprawa
:DZwykły, szary zjadacz chleba nie może sobie nawet wyobrazić, że można pojechać tak daleko rowerem
:DTo zabawa tylko dla prawdziwych podróżników
:)Pełen respekt !
Po przeczytaniu tej relacji od razu ciskają mi się w usta słowa: "jesteś prawdziwym hardcorem":>Sam troszkę jeżdżę na rowerze także tym bardziej podziwiam Twój wyczyn, ponieważ wiem jak to dupsko piecze przy 150 km,a Ty takie dystanse robiłeś prawie codziennie z balastem i ciągłymi awariami, dupę i nerwy to masz chyba ze stali:>Szacunek!!!
Zasługujesz na miano założyciela nowej greckiej linii Airpodil Siedlce-Ateny, czas pedałowania 21dni OW z własnym cateringiem.W sumie mianuję Cię na największego kamikadze rowerowego tego forum i nie tylko i zdaję sobie sprawę jakim był ten wyczyn dla Ciebie. Inaczej pisać relację o pokonaniu samolotami 9 tys km w 17 dni a coś innego rowerem ponad 5 tys . To się w głowie nie mieści ,jaką trzeba mieć chęć aby z dnia na dzień tak dążyć do celu,tego wybranego celu i go osiągnąć pokonując dobre 150 km dziennie. Jeszcze raz moje moje uszanowania, też kiedyś zapalonego rowerzysty.
Dla mnie zdecydowanie relacja miesiąca!Bardzo ciekawa, fajne zdjęcia. Tak się zaczytałem, że w ostatnich chwili zobaczyłem swój przystanek bo inaczej pojechałbym dalej ... relację czytałem w telefonie
:)
Mega szacun. Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej determinacji, siły ducha i mięśni, bo 150 km dziennie przez tyle dni to naprawdę wielki wyczyn. Jestem dumny, że jestem Siedlczaninem. Nawet w drodze wyjątku zgodziłbym się zrobić Ci fotkę pod ratuszem
:)
Wow!!! Przeczytalam jednym tchem. Podziwiam! Miales tyle przygód a ze wszystkim swietnie sobie poradziles.. jak stary wyjadacz;) a jak rozumiem to byla pierwsza tak dluga wyprawa rowerowa?
Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło
:D
Ale wyprawa
:-) Na pewno uświadomiłeś wielu osobom, jak trudne jest to przedsięwzięcie; że samo posiadanie kondycji na przejechanie 150 km dziennie np. w Polsce, po płaskim i w słoneczku zdecydowanie nie wystarczy, żeby dojechać do Aten i objechać Półwysep Bałkański. Teraz już wiemy, że te 150 km dziennie to może być ciężka jazda, lub po prostu pchanie roweru pod górę, cały czas w deszczu lub pod palącym słońcem, po bezdrożach lub tunelem autostradowym przed TIR-em
;-) kiedy co chwilę łapie się gumę lub traci szprychy. Twój rower jest chyba napędzany siłą psychiczną
;-)
Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeZ całej wyprawy zapamiętałem najbardziej
Wrócił prawdziwy facet
:)Gratuluję, szczególnie wyprawy wgłąb siebie.
Ja również pogratuluję wyprawy - sam mam za sobą takich kilka (Tallinn, Rzym, Maribor, Lyon), ale to było dawno temu.PS - też jestem z Siedlec
:) jak zobaczyłem zdjęcie z Jackiem, wiedziałem żeś swój.
Wspaniała wyprawa! Gratuluję nie poddawania się, chociaż warunki pogodowe i awarie roweru miałeś dosyć często
:)Całość czytało się bardzo dobrze - naprawdę potrafisz zaciekawić czytelnika
:)
Szacun, za porwanie się na taką wyprawę.Planuję wyprawę z Helu do Świnonujścia i zastanawiam się czy wystarczająco dużo przeczytałemna ten temat i czy jestem już na to gotów, a tu taka relacja : )Mam pytania - ile kosztował Cię ten wyjazd i gdzie następna wyprawa ?
20 lat wstecz konczac jedna z klas technikum, postanowilismy pojechac na rowerach do Barcelony.Zero przygotowan kondycyjnych, rower zapewne kojarzycie "kolarka Gazela", dojechalismy ledwie do Zurychu, Alpy nas wykonczyly.Przez cala wyprawe nie zlapalismy z kumplem ani jednej gumy. Najbardziej wspominam jednak slowa siostry jak wrocilismy po 6 tygodniach Mariusz za rok jade z Wami
:) schudlem w tym czasie 14 kg
:D slowem masakra kosci i skora. Podziwiam i pozdrawiam.
Niezły wyjazd!Parokrotnie zdarzało mi się jeździć rowerem po Europie i wiem jaki to jest wysiłek. Ile trudu trzeba włożyć. Czasem można to streścić w trzech słowach: krew, pot i łzy. A potem człowiek wraca i chce znów gdzieś pojechac. Tym razej dalej i na dłużej.Powodzenia przy następnych wypadach!
:)
wrzoch napisał:Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło
:DNadmierne obciążenie to jedno. Drugie to sprawdzony sprzęt. Sam nigdy nie przekroczyłem jeszcze 1000km na jednym tripie, ale każdy wariat robiący większe dystanse mówił, że nie ma innej opcji jak opona Schwalbe Marathon. Nie do zdarcia.
mashacra napisał:Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeByła to jedyna rzecz, dotycząca kolarstwa jaką przeczytałem przed wyjazdem. Polecam tą książkę, naprawdę warta przeczytania.zxcvbnm napisał:Pełen podziw, dziwi mnie tylko częstotliwość zmiany dętki - czyżby jakaś wada w feldze Krosa czy inny problem ?Problemem było tak jak pisałem obciążenie jakie ze sobą zabrałem. Momentami mogłem mieć nawet do 50kg na bagażniku (gdzie max wynosi 30). A obciążenie cały czas dokładałem, bo zbieram z podróży talerze i przywiozłem ich z tej wyprawy aż 11. Przednie koło ani razu nie uległo awarii.
Przybijam Ci wirtualną piątkę!Ps. Jeżeli będziesz miał chęć wybrać się gdzieś w świat, to dawaj znać. W sumie pochodzę z Mrozów nieopodal Siedlec, więc możemy organizować coś wspólnie - preferujemy typowo weekendowe wyjazdy.
Super relacja, fajnie się czytało.Wiem z czym się musiałes zmierzyć bo sam kiedyś wybrałem sie do Pragi.Raz złapałem gumę a przejechałem prawie 800km.Poza tym nie trzeba nigdzie dalejo leciec aby "załapać" się na porę deszczową.
Szacunek należy Ci się za taką wyprawę, a za tą ilość gum i problemów ze sprzętem to +10 do wytrzymałości. Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".
orodruin2 napisał:Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".wrzoch pewnie też tak sobie pomyślał i wrócił przez Ateny.
:DZ ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?
Szacuneczek dla kolegi za zdobycie się na tak daleką podróż, rowerkiem.I to się nazywa przygoda
;) Przez zimę planuj następną podróż ,już Cię chyba nic nie zaskoczy.Powodzenia.
jestem pod wrażeniem, chylę czoła! szacunek za wysiłek przy takich przeciwnościach losu (pogoda, rower)żałuję, że gdy ja byłem młody granice były pozamykane, paszport nieosiągalny, waluty zero, teraz zas na karku lata i na taką wyprawę się nie odważęfanie się czytało Twoją relację - chociaż chciałbym więcej i jeszcze więcej
Brak mi słów
:) Podejrzewam że to będzie ta historia, którą będziesz opowiadał do końca życia w pubach, a koledzy będą wtedy stawiali Ci kolejne piwo, żebyś tylko mówił dalej.
mashacra napisał:Z ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?Pojechałem na żywioł. Czytałem tylko książkę Marka Beaumont "Człowiek,który objechał świat na rowerze". A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem.
startaczerr napisał:Rozumiem,że sakwy Crosso sprawdziły się bez zarzutu ?Tak, choć na jednej, przy dolnym zaczepie pojawiły się jakieś przetarcia i zrobiła się mała dziura.
Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze
:) I mówię to jako konsumenki patriota. -- 06 Lis 2014 01:18 -- wikiman napisał:Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze
:) I mówię to jako konsumencki patriota.
wrzoch napisał:A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem.
:shock:
:shock:
:shock:duuuuży błądnie znasz się / brak doświadczenia - jasna sprawa, ale mogłeś zapytać kogoś kto siedzi w temacie
;)gdybyś włożył trochę $ w koła - lepsze opony, lepsze dętki, mleczko do dętki, itd. - zredukował byś swoje problemy z kołami w znacznym stopniu
8-)Tak czy inaczej MEGA szacun !
Brak słów, żeby wyrazić podziw! Jesteś niesamowity!!Ja od kilku lat zbieram się na chociaż kilkudniową wyprawę rowerową, ale nie mam odpowiedniego sprzętu i przeraża mnie wizja samodzielnych napraw w polowych warunkach. Musiałabym jednak pojechać z kimś, kto znałby się w znacznym stopniu na rowerach, żeby się czuć bezpiecznie.Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnie. Tym bardziej wielki ukłon w Twoją stronę za znoszenie wszystkich niewygód
:) Czekam na relację z kolejnej podróży, o ile planujesz podobny trip!
:D
Arrival napisał:Ile schudłeś?
;)Zaledwie 4 kg, ale sporo schudłem przygotowując się do wyjazdu i przed startem nie było zbytnio z czego zrzucać. Największy ubytek masy miałem tuż przed Atenami, czułem to i widziałem choć nie miałem gdzie się zważyć, a zanim dojechałem do domu zdążyłem nabrać na masie.PS. Od czasu powrotu już przytyłem 8 kg
:D -- 20 Lis 2014 00:14 -- Quote:Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnieTo jest akurat najpiękniejsza rzecz z całego tego wyjazdu. Strasznie mi tego brakuje i choć początkowo powiedziałem że największym błędem było pojechanie samemu w taką podróż to teraz zrobiłbym to ponownie tylko z tego względu żeby zasmakować jeszcze raz takiego osamotnienia. Gdy nie masz z kim pogadać, masz w końcu możliwość pogadania samemu ze sobą
:D
Wielki szacunek! Przeczytałam od początku do końca całą Twoją relację i bardzo Cie podziwiam!
:)Sama lubię samotne wyjazdy, mają coś w sobie. A dla Ciebie wielkie brawo za zaparcie i motywację do pokonywania trudności jakie spotkały Cie na tej wyprawie, sądzę że wyprawie życia
:)Powodzenia w przyszłych planach i spełnianiu kolejnych marzeń
:)
Nie pozostaje nic innego, jak podpisać się pod pozytywnymi komentarzami.Powiem Ci krótko kolego.Jesteś dla mnie suuuper kozak.Ciekawie napisane. No i te zdjęcia.PS Pomyśl o kolejnej wyprawie.
:D Może na kraniec Europy. Do Portugali ? Bo kondycję już masz wyrobioną.
;) Pozdrawiam i gratuluję.
Brakuje słów. Podziwiam wolę i determinację, by mimo tylu problemów przeć dalej do przodu. I to z takim tempem! Pełen szacunek
:)Aż nachodzi mnie ochota na kolejną wyprawę, bo od ostatniej w 2012 zaniedbałem się w temacie... Inspirujące
:)Jeśli mógłbym zapytać - jak kształtowały się Twoje dzienne wydatki?
Kolego, szacun i niskie ukłony. Będziesz miał co wnukom opowiadać
;) A tu człowiek kiedyś jednorazowo dziabnął rowerem 75km i myślał, że jest hardkorem...
:P
Niezla wyprawa!!! naprawde musisz miec w sobie duzo zaparcia. Ja bym po pierwszych dwoch ulewnych dniach i zlapanych kapciach rzucila wszystko w cholere. Pelen szacun!
Woooow
:D Czytalam i czytalam i nie moglam przestac
:DDo tego te talerze
:D genialne.Masz jakies plany na kolejna wyprawe?? Mógłbys napisac co ze sobą zabierałeś i co w końcu okazało się przydatne a co nie? Czy coś bys zmienil?Pozdrawiam i gratuluję!
Zaplanowanych (w większości już kupionych) wyjazdów mam sporo, choć spośród nich tylko dwa szalone. Jeden wiąże się z pierwszym w życiu przebiegnięciem pełnego maratonu, a drugi ze zdobyciem pięciotysięcznika.Jeśli chodzi o zmiany to przy kolejnej wyprawie zastanowił bym się nad sakwami na przednie koło lub nad przyczepką aby rozłożyć obciążenie z tylnego koła. Poszukałbym też kilku zamienników moich rzeczy na lżejszy namiot, inna kuchenka. Zabrałbym też więcej dętek. Zamieniłbym telefon na mp3 aby słuchać muzyki, tak aby bateria starczała na dłużej. Nie brałbym podwójnych rzeczy np. dwóch kluczy do kół, dwóch śrubokrętów. Niby to nie wiele waży ale grosz do gorsz i się nazbiera trochę kilogramów. Polecam też mieć jakąś fajną pelerynę przeciwdeszczową- ja niestety niczego takiego nie miałem
:( I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży
:D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.
[quote="wrzoch" I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży
:D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.[/quote]Gdyby to było 20 lat temu to byłbym w 100% chętny na takie coś.Jeszcze pod koniec lat 80 tych zasuwałem rowerem z Legnicy do Kołobrzegu i dalej na Hel. Po Dolnym Slasku to codziennie po 70 km i więcej. Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych. Jeżdziłem dalej ,ale i po czasie odeszły chęci. Maratonu ,chyba już nie przebiegnę ,ale na Rysy rok temu wlazłem. Podziwiam Twoje checi i zapał i życze powodzenia.Ps.Wybrałem ten hostel w Dubaju co napisałeś. Może być na 1-2 noce.
andrzejdz napisał:Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych...z Miłkiem jeździłeś?
@strayk Wydaje mi się że bardziej będzie Ci się podobał powrót przez Albanię i Chorwację (najlepiej drogą 8 / E65). Super widoki, bliskość morza i dużo łatwiejsza trasa
:D
Nocka w krzakach na obrzeżach jakiegoś miasta. Dziwna sprawa ale co jakiś kawałek przy krzakach są porozstawiane wiaderka z wodą.
Dzień 31 (07.08.2014)– 103 km, łącznie 4194 km;
Rano już wiedziałem o co chodzi z tymi wiaderkami. Wychodząc z namiotu zobaczyłem kobietę, która przy wiaderkach przypinała kozy. Zrobiłem długą przerwę na zwiedzanie Dubrownik.
Przepiękne miasto i wszędzie słychać tylko Polaków. Znalazłem nawet restaurację gdzie wisiały szaliki tylko polskich klubów. Dzisiaj mija miesiąc mojej podróży.
Dzień 32 (08.08.2014)– 157 km, łącznie 4351 km;
Z Chorwacji zjechałem na Bośnię aby odwiedzić Mostar. Wyjeżdżając z miasta miałem pierwszą kolizję. Kierowca wyjeżdżający z parkingu mnie nie zauważył. Całe szczęście przytarł mi tylko lekko sakwy.
Dzień 33 (09.09.2014)– 151 km, łącznie 4502 km;
Dzień bez szczególnych wydarzeń. Cały dzień słoneczny z drogą wzdłuż wybrzeża. Wieczorem udało się dojechać do Splitu.
Dzień 34 (10.08.2014)– 166 km, łącznie 4668 km;
Dzień podobny do poprzedniego tylko że tym razem dojechałem do Zadaru. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że znalazłem pełne piwo przy drodze :D
Dzień 35 (11.08.2014)– 141 km, łącznie 4809 km;
Rano zmieniłem gumę bo w nocy zeszło powietrze. Po 2 km dętka wybuchła i znowu trzeba było zmieniać. Po 15 km sytuacja się powtórzyła, naprawiłem rower i poszedłem do pobliskiego sklepu. Gdy wyszedłem okazało się że znowu pękła dętka. Nie miałem już dętek i musiałem znaleźć wulkanizację. Całe szczęście była ledwie 1 km od sklepu. W warsztacie okazało się że pękła guma wyściełająca wnętrze obręczy i dlatego co chwile moje dętki wybuchały.
Zdenerwowany nawet nie pomyślałem o zrobieniu większych zakupów i nawet nie przypuszczałem że przez najbliższe kilometry nie znajdę jakiegoś sklepu. 20 km przed Karlobag skończyła mi się woda.
Nie nauczony brakiem sklepów przez ostatnią cześć dnia w Karlobag zrobiłem małe zakupy , twierdząc że do wieczora znajdę jeszcze jakiś sklep. Gdy ok. 19 okazało się że wjeżdżam w rejon 60km parku narodowego postanowiłem złapać jakiś samochód aby poratował mnie butelką wody. Przez długi czas nie mogłem złapać nikogo, aż tu nagle zatrzymał się Warszawiak. Strasznie rozbawiła mnie ta sytuacja.
Dzień 36 (12.08.2014)– 140 km, łącznie 4949 km;
10 km przed ostatnim miastem w Chorwacji moja droga zamieniła się w ekspresówkę. Kompletnie się tym nie przejmowałem bo sporo już przejechałem kilometrów autostradami. Tym razem się nie udało. Dosyć szybko zostałem złapany przez policjanta na motorze. Całe szczęście mandat okazał się mały – 140 zł. Policjant był o tyle miły że pokazał mi drogę, która mogłem jechać dalej. Nocka już w Słowenii. Po tylu dniach w samotności coraz częściej dopadają mnie jakieś dziwne przemyślenia.
Dzień 37 (13.08.2014)– 146 km, łącznie 5095 km;
Cudowny dzień. Ze Słowenii skręciłem kilkanaście kilometrów do Włoch aby zobaczyć romański kościół w Akwilei z przepięknymi mozaikami.
Później zacząłem się już prosto kierować na Lublanę. W miejscowości Adjoviscina pytając się o drogę, pewien mężczyzna zaproponował mi, że mnie podwiezie ponieważ czeka mnie potężny, stromy podjazd. Początkowo się nie zgodziłem ale ostatecznie uległem jego namowom. Przed podróżą zaprosił mnie jeszcze na kawę do kawiarni i podczas rozmowy okazało się że jest z Lublany i mógłby mnie tam podwieźć (70km). Zaprotestowałem, chciałem aby zabrał mnie tylko przez ten podjazd ale gdy wsiedliśmy do samochodu on odebrał telefon od żony i oznajmił mi: „dzisiaj moja córka wyjechała na 2 dni, i mam wolny pokój w domu dlatego jesteś dzisiejszej nocy u mnie gościem”. Aż ciężko w to uwierzyć ale dokładnie po tych słowach nastąpiło oberwanie chmury.
Dzień 38 (14.08.2014)– 0 km, łącznie 5095 km;
Rano ciągle padało. Bogdan (tak miał na imię) oprowadził mnie po mieście i pomógł znaleźć hostel na kolejną noc bo nie było sensu jechać dalej w taką pogodę.
W pokoju trafiły mi się 3 Polki – dwie podróżowały autostopem po Słowenii a jedna jechała samotnie rowerem z Polski do Francji, przy czym sporo podjeżdżała pociągiem :P Wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego, ciężko gdzie indziej znaleźć tak życzliwych ludzi jak tutaj. Są pomocni na każdym kroku. Jeśli wyjmiesz tylko mapę od razu się zatrzymują i pytają dokąd jedziesz i jak mogą Ci pomóc. To dopiero drugi dzień podróży kiedy nie pedałuje, przyda się odpoczynek bo do Polski mam już tylko 1100 km i nie planuje już nigdzie więcej robić przerw.
Dzień 39 (15.08.2014)– 164 km, łącznie 5259 km;
Cały czas padało. Za namową Hani (kolarki z Polski) postanowiłem ominąć Austrię jadąc nieco dłużej, ale po płaskim terenie przez Węgry. Tuż przed Celje rozpadało się na dobre tak, że musiałem schować się pod przystankiem. Położyłem się na ławce i nagle zatrzymał się obok mnie samochód. Podszedł do mnie mężczyzna i zapytał się czy nic mi nie jest i czy dobrze się czuje. Wytłumaczyłem że schowałem się tylko przed deszczem a on wrócił się do samochodu i przyniósł mi batonik energetyczny. Co za ludzie. Pod koniec dnia na jednym ze zjazdów uzyskałem kolejny rekord prędkości – 66km/h.
-- 29 Paź 2014 19:52 --
Dzień 40 (16.08.2014)– 205 km, łącznie 5464 km;
Jechało się świetnie co widać po wyniku. Dzień słoneczny ale chłodny. Płaściuteńko jak na patelni. Wjeżdżając na Węgry spotkałem Polaka, który jechał samotnie rowerem do Rzymu, chwilę pogadaliśmy i dostałem od niego mapę Węgier.
Noce są coraz zimniejsze a mi ostatniej nocy zespól się suwak w śpiworze i muszę na noc zakładać na siebie wszystkie dostępne ubrania.
Dzień 41 (17.08.2014)– 157 km, łącznie 5621 km;
Dzień bez szczególnych przygód… no może z wyjątkiem tego że 10 km przed Bratysławą spotkałem kolarkę z Wenezueli :D
Dzień 42 (18.08.2014)– 178 km, łącznie 5799 km;
Kolejna okropnie zimna noc. Przez cały dzień zmagałem się z przeskakującym łańcuchem. Zablokowało się chyba jedno oczko i stąd chyba te problemy. Jutro Polska, już nie mogę się doczekać. Muszę się spiąć aby udało mi się dojechać do rodziny w Dąbrowie Górniczej, a przeczuwam problemy z przedostaniem się z Gliwic do Dąbrowy.
Dzień 43 (19.08.2014)– 164 km, łącznie 5963 km;
Cały dzień ulewa a ja wiedziałem że muszę jechać. Zupełnie inaczej się pedałuje cały dzień w deszczu kiedy ma się w głowie perspektywę kąpieli i nocki w ciepłym łóżku.
Gdy przekroczyłem granicę cieszyłem się jak dziecko, szybko powysyłałem smsy do rodziny i znajomych, a kto zadzwonił jako pierwszy? … Wizzair z informacją że odwołali mi z powodu wojny loty do Tel Avivu i chcieli się dowiedzieć czy już zdecydowałem się na nowy termin. Przepchanie się z Gliwic przez Zabrze, Bytom, Siemianowice Śląskie, Sosnowiec, Będzin do Dąbrowy Górniczej nie mając dokładnej mapy to istna masakra. Ale udało się.
Dzień 44 (20.08.2014)– 137 km, łącznie 6101 km;
Ach jak cudownie się spało po tylu zimnych nockach w namiocie. Wstąpiłem jeszcze na Jasną Górę a kilka kilometrów za Częstochową złamał mi się bagażnik z jednej strony.
Całe szczęście bez większych problemów udało mi się go naprawić.
Dzień 45 (21.08.2014)– 183 km, łącznie 6284 km;
Dzisiejszy dzień to mix ostatnich dwóch dni do 13 okropnie padało a od 13 wyszło słońce chodź było chłodno. Ostatnia nocka w namiocie bo do domu mam już 110 km.
Dzień 46 (22.08.2014)– 113 km, łącznie 6397 km;
Już na początku urwał mi się bagażnik, tym razem z drugiej strony. 30 km przed Siedlcami wyjechał po mnie mój przyjaciel Piotrek. Rozmawiając z nim nawet nie wiem gdzie zleciały mi te kilometry.
Zajechaliśmy pod Ratusz na pamiątkowe zdjęcie, poprosiłem pierwszą przechodzącą kobietę o zrobienie zdjęcia i usłyszałem „NIE”. Ach tego mi brakowało, w końcu jestem u siebie. Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.
Dziękuję że część z Was dotrwała do końca relacji, wiem że nie było to łatwe, ponieważ nie ma daru do pisania takich rzeczy.