0
wrzoch 29 października 2014 17:54
30 (Small).jpg


Nocka w krzakach na obrzeżach jakiegoś miasta. Dziwna sprawa ale co jakiś kawałek przy krzakach są porozstawiane wiaderka z wodą.

Dzień 31 (07.08.2014)– 103 km, łącznie 4194 km;
Rano już wiedziałem o co chodzi z tymi wiaderkami. Wychodząc z namiotu zobaczyłem kobietę, która przy wiaderkach przypinała kozy. Zrobiłem długą przerwę na zwiedzanie Dubrownik.

31_1 (Small).jpg



31_2 (Small).JPG


Przepiękne miasto i wszędzie słychać tylko Polaków. Znalazłem nawet restaurację gdzie wisiały szaliki tylko polskich klubów. Dzisiaj mija miesiąc mojej podróży.

Dzień 32 (08.08.2014)– 157 km, łącznie 4351 km;
Z Chorwacji zjechałem na Bośnię aby odwiedzić Mostar. Wyjeżdżając z miasta miałem pierwszą kolizję. Kierowca wyjeżdżający z parkingu mnie nie zauważył. Całe szczęście przytarł mi tylko lekko sakwy.

32 (Small).JPG



Dzień 33 (09.09.2014)– 151 km, łącznie 4502 km;
Dzień bez szczególnych wydarzeń. Cały dzień słoneczny z drogą wzdłuż wybrzeża. Wieczorem udało się dojechać do Splitu.

33 (Small).JPG



Dzień 34 (10.08.2014)– 166 km, łącznie 4668 km;
Dzień podobny do poprzedniego tylko że tym razem dojechałem do Zadaru. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że znalazłem pełne piwo przy drodze :D

Dzień 35 (11.08.2014)– 141 km, łącznie 4809 km;
Rano zmieniłem gumę bo w nocy zeszło powietrze. Po 2 km dętka wybuchła i znowu trzeba było zmieniać. Po 15 km sytuacja się powtórzyła, naprawiłem rower i poszedłem do pobliskiego sklepu. Gdy wyszedłem okazało się że znowu pękła dętka. Nie miałem już dętek i musiałem znaleźć wulkanizację. Całe szczęście była ledwie 1 km od sklepu. W warsztacie okazało się że pękła guma wyściełająca wnętrze obręczy i dlatego co chwile moje dętki wybuchały.
Zdenerwowany nawet nie pomyślałem o zrobieniu większych zakupów i nawet nie przypuszczałem że przez najbliższe kilometry nie znajdę jakiegoś sklepu. 20 km przed Karlobag skończyła mi się woda.

35 (Small).JPG


Nie nauczony brakiem sklepów przez ostatnią cześć dnia w Karlobag zrobiłem małe zakupy , twierdząc że do wieczora znajdę jeszcze jakiś sklep. Gdy ok. 19 okazało się że wjeżdżam w rejon 60km parku narodowego postanowiłem złapać jakiś samochód aby poratował mnie butelką wody. Przez długi czas nie mogłem złapać nikogo, aż tu nagle zatrzymał się Warszawiak. Strasznie rozbawiła mnie ta sytuacja.

Dzień 36 (12.08.2014)– 140 km, łącznie 4949 km;
10 km przed ostatnim miastem w Chorwacji moja droga zamieniła się w ekspresówkę. Kompletnie się tym nie przejmowałem bo sporo już przejechałem kilometrów autostradami. Tym razem się nie udało. Dosyć szybko zostałem złapany przez policjanta na motorze. Całe szczęście mandat okazał się mały – 140 zł. Policjant był o tyle miły że pokazał mi drogę, która mogłem jechać dalej. Nocka już w Słowenii. Po tylu dniach w samotności coraz częściej dopadają mnie jakieś dziwne przemyślenia.

Dzień 37 (13.08.2014)– 146 km, łącznie 5095 km;
Cudowny dzień. Ze Słowenii skręciłem kilkanaście kilometrów do Włoch aby zobaczyć romański kościół w Akwilei z przepięknymi mozaikami.

37 (Small).JPG


Później zacząłem się już prosto kierować na Lublanę. W miejscowości Adjoviscina pytając się o drogę, pewien mężczyzna zaproponował mi, że mnie podwiezie ponieważ czeka mnie potężny, stromy podjazd. Początkowo się nie zgodziłem ale ostatecznie uległem jego namowom. Przed podróżą zaprosił mnie jeszcze na kawę do kawiarni i podczas rozmowy okazało się że jest z Lublany i mógłby mnie tam podwieźć (70km). Zaprotestowałem, chciałem aby zabrał mnie tylko przez ten podjazd ale gdy wsiedliśmy do samochodu on odebrał telefon od żony i oznajmił mi: „dzisiaj moja córka wyjechała na 2 dni, i mam wolny pokój w domu dlatego jesteś dzisiejszej nocy u mnie gościem”. Aż ciężko w to uwierzyć ale dokładnie po tych słowach nastąpiło oberwanie chmury.

Dzień 38 (14.08.2014)– 0 km, łącznie 5095 km;
Rano ciągle padało. Bogdan (tak miał na imię) oprowadził mnie po mieście i pomógł znaleźć hostel na kolejną noc bo nie było sensu jechać dalej w taką pogodę.

38 (Small).JPG


W pokoju trafiły mi się 3 Polki – dwie podróżowały autostopem po Słowenii a jedna jechała samotnie rowerem z Polski do Francji, przy czym sporo podjeżdżała pociągiem :P Wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego, ciężko gdzie indziej znaleźć tak życzliwych ludzi jak tutaj. Są pomocni na każdym kroku. Jeśli wyjmiesz tylko mapę od razu się zatrzymują i pytają dokąd jedziesz i jak mogą Ci pomóc. To dopiero drugi dzień podróży kiedy nie pedałuje, przyda się odpoczynek bo do Polski mam już tylko 1100 km i nie planuje już nigdzie więcej robić przerw.

Dzień 39 (15.08.2014)– 164 km, łącznie 5259 km;
Cały czas padało. Za namową Hani (kolarki z Polski) postanowiłem ominąć Austrię jadąc nieco dłużej, ale po płaskim terenie przez Węgry. Tuż przed Celje rozpadało się na dobre tak, że musiałem schować się pod przystankiem. Położyłem się na ławce i nagle zatrzymał się obok mnie samochód. Podszedł do mnie mężczyzna i zapytał się czy nic mi nie jest i czy dobrze się czuje. Wytłumaczyłem że schowałem się tylko przed deszczem a on wrócił się do samochodu i przyniósł mi batonik energetyczny. Co za ludzie. Pod koniec dnia na jednym ze zjazdów uzyskałem kolejny rekord prędkości – 66km/h.

39 (Small).JPG



-- 29 Paź 2014 19:52 --

Dzień 40 (16.08.2014)– 205 km, łącznie 5464 km;

40 (Small).JPG


Jechało się świetnie co widać po wyniku. Dzień słoneczny ale chłodny. Płaściuteńko jak na patelni. Wjeżdżając na Węgry spotkałem Polaka, który jechał samotnie rowerem do Rzymu, chwilę pogadaliśmy i dostałem od niego mapę Węgier.

40_1 (Small).JPG


Noce są coraz zimniejsze a mi ostatniej nocy zespól się suwak w śpiworze i muszę na noc zakładać na siebie wszystkie dostępne ubrania.

Dzień 41 (17.08.2014)– 157 km, łącznie 5621 km;
Dzień bez szczególnych przygód… no może z wyjątkiem tego że 10 km przed Bratysławą spotkałem kolarkę z Wenezueli :D

Dzień 42 (18.08.2014)– 178 km, łącznie 5799 km;
Kolejna okropnie zimna noc. Przez cały dzień zmagałem się z przeskakującym łańcuchem. Zablokowało się chyba jedno oczko i stąd chyba te problemy. Jutro Polska, już nie mogę się doczekać. Muszę się spiąć aby udało mi się dojechać do rodziny w Dąbrowie Górniczej, a przeczuwam problemy z przedostaniem się z Gliwic do Dąbrowy.

Dzień 43 (19.08.2014)– 164 km, łącznie 5963 km;
Cały dzień ulewa a ja wiedziałem że muszę jechać. Zupełnie inaczej się pedałuje cały dzień w deszczu kiedy ma się w głowie perspektywę kąpieli i nocki w ciepłym łóżku.

43 (Small).JPG


Gdy przekroczyłem granicę cieszyłem się jak dziecko, szybko powysyłałem smsy do rodziny i znajomych, a kto zadzwonił jako pierwszy? … Wizzair z informacją że odwołali mi z powodu wojny loty do Tel Avivu i chcieli się dowiedzieć czy już zdecydowałem się na nowy termin. Przepchanie się z Gliwic przez Zabrze, Bytom, Siemianowice Śląskie, Sosnowiec, Będzin do Dąbrowy Górniczej nie mając dokładnej mapy to istna masakra. Ale udało się.

Dzień 44 (20.08.2014)– 137 km, łącznie 6101 km;
Ach jak cudownie się spało po tylu zimnych nockach w namiocie. Wstąpiłem jeszcze na Jasną Górę a kilka kilometrów za Częstochową złamał mi się bagażnik z jednej strony.

44 (Small).JPG


Całe szczęście bez większych problemów udało mi się go naprawić.

Dzień 45 (21.08.2014)– 183 km, łącznie 6284 km;
Dzisiejszy dzień to mix ostatnich dwóch dni do 13 okropnie padało a od 13 wyszło słońce chodź było chłodno. Ostatnia nocka w namiocie bo do domu mam już 110 km.

Dzień 46 (22.08.2014)– 113 km, łącznie 6397 km;
Już na początku urwał mi się bagażnik, tym razem z drugiej strony. 30 km przed Siedlcami wyjechał po mnie mój przyjaciel Piotrek. Rozmawiając z nim nawet nie wiem gdzie zleciały mi te kilometry.

46_1 (Small).JPG


Zajechaliśmy pod Ratusz na pamiątkowe zdjęcie, poprosiłem pierwszą przechodzącą kobietę o zrobienie zdjęcia i usłyszałem „NIE”. Ach tego mi brakowało, w końcu jestem u siebie. Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.

46_2 (Small).jpg


Dziękuję że część z Was dotrwała do końca relacji, wiem że nie było to łatwe, ponieważ nie ma daru do pisania takich rzeczy.

Dodaj Komentarz

Komentarze (73)

04patryk12 29 października 2014 18:05 Odpowiedz
Na początku pragnę pogratulować wyprawy :)na marginesie: nie ładują mi się zdjęciana marginesie 2 : sporo miałeś tych kapci i deszczu :P
elbe 29 października 2014 20:45 Odpowiedz
Ostro :DMyślałem że będzie tutaj masa komentarzy, ale widzę że jestem pierwszy :DCzytaliśmy ten opis z niedowierzaniem, że można być tak szalonym by pojechać samemu w taką podróż :DI do tego tyle awarii roweru :DNiewiarygodna wyprawa :DZwykły, szary zjadacz chleba nie może sobie nawet wyobrazić, że można pojechać tak daleko rowerem :DTo zabawa tylko dla prawdziwych podróżników :)Pełen respekt !
kacper451 29 października 2014 21:35 Odpowiedz
Po przeczytaniu tej relacji od razu ciskają mi się w usta słowa: "jesteś prawdziwym hardcorem":>Sam troszkę jeżdżę na rowerze także tym bardziej podziwiam Twój wyczyn, ponieważ wiem jak to dupsko piecze przy 150 km,a Ty takie dystanse robiłeś prawie codziennie z balastem i ciągłymi awariami, dupę i nerwy to masz chyba ze stali:>Szacunek!!!
adriano84 29 października 2014 21:48 Odpowiedz
Podziwiam i zazdroszczę! Sam planuję kiedyś dojechać na przylądek św. Wincentego będę wiedział gdzie szukać kompana :P
andrzejdz 29 października 2014 22:29 Odpowiedz
Zasługujesz na miano założyciela nowej greckiej linii Airpodil Siedlce-Ateny, czas pedałowania 21dni OW z własnym cateringiem.W sumie mianuję Cię na największego kamikadze rowerowego tego forum i nie tylko i zdaję sobie sprawę jakim był ten wyczyn dla Ciebie. Inaczej pisać relację o pokonaniu samolotami 9 tys km w 17 dni a coś innego rowerem ponad 5 tys . To się w głowie nie mieści ,jaką trzeba mieć chęć aby z dnia na dzień tak dążyć do celu,tego wybranego celu i go osiągnąć pokonując dobre 150 km dziennie. Jeszcze raz moje moje uszanowania, też kiedyś zapalonego rowerzysty.
vivere 29 października 2014 22:31 Odpowiedz
Co Ty piszesz że nie masz daru pisania...fajnie się czyta...i podziwia :)szacunek...
rydzo 29 października 2014 23:14 Odpowiedz
Dla mnie zdecydowanie relacja miesiąca!Bardzo ciekawa, fajne zdjęcia. Tak się zaczytałem, że w ostatnich chwili zobaczyłem swój przystanek bo inaczej pojechałbym dalej ... relację czytałem w telefonie :)
raczek20044 29 października 2014 23:20 Odpowiedz
Szacunek !!
tom971 30 października 2014 00:08 Odpowiedz
Wow ! Respect..
korpus 30 października 2014 01:07 Odpowiedz
Mega szacun. Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej determinacji, siły ducha i mięśni, bo 150 km dziennie przez tyle dni to naprawdę wielki wyczyn. Jestem dumny, że jestem Siedlczaninem. Nawet w drodze wyjątku zgodziłbym się zrobić Ci fotkę pod ratuszem :)
juliaka 30 października 2014 01:20 Odpowiedz
Wow!!! Przeczytalam jednym tchem. Podziwiam! Miales tyle przygód a ze wszystkim swietnie sobie poradziles.. jak stary wyjadacz;) a jak rozumiem to byla pierwsza tak dluga wyprawa rowerowa?
wikiman 30 października 2014 02:40 Odpowiedz
Nie mogłem się powstrzymać :P : jaki model opony i bagażnika?
wrzoch 30 października 2014 08:32 Odpowiedz
Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło :D
grzegorz40 30 października 2014 08:53 Odpowiedz
Ale wyprawa :-) Na pewno uświadomiłeś wielu osobom, jak trudne jest to przedsięwzięcie; że samo posiadanie kondycji na przejechanie 150 km dziennie np. w Polsce, po płaskim i w słoneczku zdecydowanie nie wystarczy, żeby dojechać do Aten i objechać Półwysep Bałkański. Teraz już wiemy, że te 150 km dziennie to może być ciężka jazda, lub po prostu pchanie roweru pod górę, cały czas w deszczu lub pod palącym słońcem, po bezdrożach lub tunelem autostradowym przed TIR-em ;-) kiedy co chwilę łapie się gumę lub traci szprychy. Twój rower jest chyba napędzany siłą psychiczną ;-)
mashacra 30 października 2014 09:04 Odpowiedz
Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeZ całej wyprawy zapamiętałem najbardziej Wrócił prawdziwy facet :)Gratuluję, szczególnie wyprawy wgłąb siebie.
krasnal 30 października 2014 09:15 Odpowiedz
Ja również pogratuluję wyprawy - sam mam za sobą takich kilka (Tallinn, Rzym, Maribor, Lyon), ale to było dawno temu.PS - też jestem z Siedlec :) jak zobaczyłem zdjęcie z Jackiem, wiedziałem żeś swój.
grzegorz40 30 października 2014 09:17 Odpowiedz
mashacra napisał:Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeJako afrykańską wersję, to mi się dobrze czytało ;-)http://bezdroza.pl/ksiazki/afryka-przek ... beafro.htm
falent 30 października 2014 09:54 Odpowiedz
Wielki Szacunek!! Zainspirowałeś mnie żeby w przyszłości wyruszyć w podobną trasę, chociaż dużo krótszą? Dużo ćwiczyłeś przed wyjazdem?
ggg 30 października 2014 10:20 Odpowiedz
Wspaniała wyprawa! Gratuluję nie poddawania się, chociaż warunki pogodowe i awarie roweru miałeś dosyć często :)Całość czytało się bardzo dobrze - naprawdę potrafisz zaciekawić czytelnika :)
startaczerr 30 października 2014 10:58 Odpowiedz
Szacun, za porwanie się na taką wyprawę.Planuję wyprawę z Helu do Świnonujścia i zastanawiam się czy wystarczająco dużo przeczytałemna ten temat i czy jestem już na to gotów, a tu taka relacja : )Mam pytania - ile kosztował Cię ten wyjazd i gdzie następna wyprawa ?
correos 30 października 2014 11:02 Odpowiedz
20 lat wstecz konczac jedna z klas technikum, postanowilismy pojechac na rowerach do Barcelony.Zero przygotowan kondycyjnych, rower zapewne kojarzycie "kolarka Gazela", dojechalismy ledwie do Zurychu, Alpy nas wykonczyly.Przez cala wyprawe nie zlapalismy z kumplem ani jednej gumy. Najbardziej wspominam jednak slowa siostry jak wrocilismy po 6 tygodniach Mariusz za rok jade z Wami :) schudlem w tym czasie 14 kg :D slowem masakra kosci i skora. Podziwiam i pozdrawiam.
krasnal 30 października 2014 11:02 Odpowiedz
startaczerr napisał:Planuję wyprawę z Helu do Świnonujścia Większość osób jedzie tę trasę w drugą stronę (przeważająca cyrkulacja wiatrów).
startaczerr 30 października 2014 11:36 Odpowiedz
Tak, też coś już o tym czytałem. Robiłeś sam taką trasę ?
krasnal 30 października 2014 11:38 Odpowiedz
Tak, około 2000 lub 2001 r.
kefirm 30 października 2014 11:52 Odpowiedz
Niezły wyjazd!Parokrotnie zdarzało mi się jeździć rowerem po Europie i wiem jaki to jest wysiłek. Ile trudu trzeba włożyć. Czasem można to streścić w trzech słowach: krew, pot i łzy. A potem człowiek wraca i chce znów gdzieś pojechac. Tym razej dalej i na dłużej.Powodzenia przy następnych wypadach! :)
wikiman 30 października 2014 12:38 Odpowiedz
wrzoch napisał:Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło :DNadmierne obciążenie to jedno. Drugie to sprawdzony sprzęt. Sam nigdy nie przekroczyłem jeszcze 1000km na jednym tripie, ale każdy wariat robiący większe dystanse mówił, że nie ma innej opcji jak opona Schwalbe Marathon. Nie do zdarcia.
zxcvbnm 30 października 2014 17:34 Odpowiedz
Pełen podziw, dziwi mnie tylko częstotliwość zmiany dętki - czyżby jakaś wada w feldze Krosa czy inny problem ?
wrzoch 30 października 2014 18:00 Odpowiedz
mashacra napisał:Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeByła to jedyna rzecz, dotycząca kolarstwa jaką przeczytałem przed wyjazdem. Polecam tą książkę, naprawdę warta przeczytania.zxcvbnm napisał:Pełen podziw, dziwi mnie tylko częstotliwość zmiany dętki - czyżby jakaś wada w feldze Krosa czy inny problem ?Problemem było tak jak pisałem obciążenie jakie ze sobą zabrałem. Momentami mogłem mieć nawet do 50kg na bagażniku (gdzie max wynosi 30). A obciążenie cały czas dokładałem, bo zbieram z podróży talerze i przywiozłem ich z tej wyprawy aż 11. Przednie koło ani razu nie uległo awarii.
bong 30 października 2014 18:28 Odpowiedz
super relacja! wielkie brawa i ogromny szacunek za wyczyn!!
vivere 30 października 2014 19:13 Odpowiedz
czyli nadmierne obciążenie tylnej osi? też mnie przeraża częstotliwość "kapcia" :)
kaviorwiki 30 października 2014 20:21 Odpowiedz
Podziwiam takich ludzi jak Ty!Bardzo fajnie się czytało relację z wyprawy!Brawo!
maciek88 30 października 2014 20:48 Odpowiedz
Przybijam Ci wirtualną piątkę!Ps. Jeżeli będziesz miał chęć wybrać się gdzieś w świat, to dawaj znać. W sumie pochodzę z Mrozów nieopodal Siedlec, więc możemy organizować coś wspólnie - preferujemy typowo weekendowe wyjazdy.
lukas63 30 października 2014 21:09 Odpowiedz
wspaniała relacja - bardzo dobrze się czytało - jestem pod ogromnym wrażeniem
walerek 30 października 2014 21:16 Odpowiedz
Super relacja, fajnie się czytało.Wiem z czym się musiałes zmierzyć bo sam kiedyś wybrałem sie do Pragi.Raz złapałem gumę a przejechałem prawie 800km.Poza tym nie trzeba nigdzie dalejo leciec aby "załapać" się na porę deszczową.
frombdg 30 października 2014 22:05 Odpowiedz
Ewidentnie nadajesz sie na komandosa, gratulacje, fajnie sie czytalo.
orodruin2 31 października 2014 13:37 Odpowiedz
Szacunek należy Ci się za taką wyprawę, a za tą ilość gum i problemów ze sprzętem to +10 do wytrzymałości. Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".
mashacra 31 października 2014 13:43 Odpowiedz
orodruin2 napisał:Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".wrzoch pewnie też tak sobie pomyślał i wrócił przez Ateny. :DZ ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?
witekkowal 31 października 2014 14:28 Odpowiedz
Gratuluję samozaparcia, jesteś Gość!Fajnie napisana relacja, dużo zdjęć. Podziwiam Cię :-)
rzorj 31 października 2014 14:58 Odpowiedz
Przeczytałem od A do Z. Wielki podziw.
zico1ksz 31 października 2014 21:48 Odpowiedz
Szacuneczek dla kolegi za zdobycie się na tak daleką podróż, rowerkiem.I to się nazywa przygoda ;) Przez zimę planuj następną podróż ,już Cię chyba nic nie zaskoczy.Powodzenia.
curvidens 31 października 2014 23:52 Odpowiedz
jestem pod wrażeniem, chylę czoła! szacunek za wysiłek przy takich przeciwnościach losu (pogoda, rower)żałuję, że gdy ja byłem młody granice były pozamykane, paszport nieosiągalny, waluty zero, teraz zas na karku lata i na taką wyprawę się nie odważęfanie się czytało Twoją relację - chociaż chciałbym więcej i jeszcze więcej
kathrine0 1 listopada 2014 00:15 Odpowiedz
Duże WOW za taką wyprawę! Liczba kilometrów robi wrażenie
mikelek 1 listopada 2014 00:43 Odpowiedz
Brak mi słów :) Podejrzewam że to będzie ta historia, którą będziesz opowiadał do końca życia w pubach, a koledzy będą wtedy stawiali Ci kolejne piwo, żebyś tylko mówił dalej.
wrzoch 3 listopada 2014 23:19 Odpowiedz
mashacra napisał:Z ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?Pojechałem na żywioł. Czytałem tylko książkę Marka Beaumont "Człowiek,który objechał świat na rowerze". A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem.
startaczerr 5 listopada 2014 09:06 Odpowiedz
Rozumiem,że sakwy Crosso sprawdziły się bez zarzutu ?
wrzoch 5 listopada 2014 21:12 Odpowiedz
startaczerr napisał:Rozumiem,że sakwy Crosso sprawdziły się bez zarzutu ?Tak, choć na jednej, przy dolnym zaczepie pojawiły się jakieś przetarcia i zrobiła się mała dziura.
wikiman 6 listopada 2014 00:16 Odpowiedz
Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze :) I mówię to jako konsumenki patriota. -- 06 Lis 2014 01:18 -- wikiman napisał:Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze :) I mówię to jako konsumencki patriota.
rysiekkk 6 listopada 2014 09:27 Odpowiedz
wrzoch napisał:A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem. :shock: :shock: :shock:duuuuży błądnie znasz się / brak doświadczenia - jasna sprawa, ale mogłeś zapytać kogoś kto siedzi w temacie ;)gdybyś włożył trochę $ w koła - lepsze opony, lepsze dętki, mleczko do dętki, itd. - zredukował byś swoje problemy z kołami w znacznym stopniu 8-)Tak czy inaczej MEGA szacun !
olir1987 19 listopada 2014 10:46 Odpowiedz
super relacja ale ilość złapanych gum i poziom pecha też spory;p;p gratuluję zawziętości
tomek-zien 19 listopada 2014 12:05 Odpowiedz
Chylę czoła :o
arrival 19 listopada 2014 15:19 Odpowiedz
Ile schudłeś? ;)
anulkax7 19 listopada 2014 22:44 Odpowiedz
Brak słów, żeby wyrazić podziw! Jesteś niesamowity!!Ja od kilku lat zbieram się na chociaż kilkudniową wyprawę rowerową, ale nie mam odpowiedniego sprzętu i przeraża mnie wizja samodzielnych napraw w polowych warunkach. Musiałabym jednak pojechać z kimś, kto znałby się w znacznym stopniu na rowerach, żeby się czuć bezpiecznie.Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnie. Tym bardziej wielki ukłon w Twoją stronę za znoszenie wszystkich niewygód :) Czekam na relację z kolejnej podróży, o ile planujesz podobny trip! :D
wrzoch 19 listopada 2014 22:54 Odpowiedz
Arrival napisał:Ile schudłeś? ;)Zaledwie 4 kg, ale sporo schudłem przygotowując się do wyjazdu i przed startem nie było zbytnio z czego zrzucać. Największy ubytek masy miałem tuż przed Atenami, czułem to i widziałem choć nie miałem gdzie się zważyć, a zanim dojechałem do domu zdążyłem nabrać na masie.PS. Od czasu powrotu już przytyłem 8 kg :D -- 20 Lis 2014 00:14 -- Quote:Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnieTo jest akurat najpiękniejsza rzecz z całego tego wyjazdu. Strasznie mi tego brakuje i choć początkowo powiedziałem że największym błędem było pojechanie samemu w taką podróż to teraz zrobiłbym to ponownie tylko z tego względu żeby zasmakować jeszcze raz takiego osamotnienia. Gdy nie masz z kim pogadać, masz w końcu możliwość pogadania samemu ze sobą :D
jarekgdynia 20 listopada 2014 09:23 Odpowiedz
Od dzisiaj zmieniam nastawienie do spotkanych rowerzystów ;)Mistrzostwo Świata! Gratulacje za pomysł no i co najważniejsze za jego realizacje.
karin861 21 listopada 2014 10:01 Odpowiedz
Wielki szacunek! Przeczytałam od początku do końca całą Twoją relację i bardzo Cie podziwiam! :)Sama lubię samotne wyjazdy, mają coś w sobie. A dla Ciebie wielkie brawo za zaparcie i motywację do pokonywania trudności jakie spotkały Cie na tej wyprawie, sądzę że wyprawie życia :)Powodzenia w przyszłych planach i spełnianiu kolejnych marzeń :)
jacakatowice1 21 listopada 2014 10:54 Odpowiedz
Nie pozostaje nic innego, jak podpisać się pod pozytywnymi komentarzami.Powiem Ci krótko kolego.Jesteś dla mnie suuuper kozak.Ciekawie napisane. No i te zdjęcia.PS Pomyśl o kolejnej wyprawie. :D Może na kraniec Europy. Do Portugali ? Bo kondycję już masz wyrobioną. ;) Pozdrawiam i gratuluję.
kabanos 23 listopada 2014 23:39 Odpowiedz
Brakuje słów. Podziwiam wolę i determinację, by mimo tylu problemów przeć dalej do przodu. I to z takim tempem! Pełen szacunek :)Aż nachodzi mnie ochota na kolejną wyprawę, bo od ostatniej w 2012 zaniedbałem się w temacie... Inspirujące :)Jeśli mógłbym zapytać - jak kształtowały się Twoje dzienne wydatki?
wrzoch 24 listopada 2014 22:10 Odpowiedz
Rower + wyposażenie 2300 zł. A podczas wyjazdu wydałem (w większosći na jedzenie, pamiątki i hotele) ok. 3000zł
juve 26 listopada 2014 12:44 Odpowiedz
Kolego, szacun i niskie ukłony. Będziesz miał co wnukom opowiadać ;) A tu człowiek kiedyś jednorazowo dziabnął rowerem 75km i myślał, że jest hardkorem... :P
startaczerr 27 listopada 2014 11:27 Odpowiedz
Wrzoch zainspirował ; ) właśnie odebrałem sakwy, bagażnik i wyglądam maja/czerwca : D
grzegorz40 27 listopada 2014 11:44 Odpowiedz
startaczerr napisał:Wrzoch zainspirował ; ) właśnie odebrałem sakwy, bagażnik i wyglądam maja/czerwca : Ddokąd? ;-)
startaczerr 27 listopada 2014 12:42 Odpowiedz
Szczecin, kółko po kraju zachodnich przyjaciół i kierunek Hel wzdłuż wybrzeża. Wiem,wiem, nie mam się co równać z Wrzochem ; )
juve 16 stycznia 2015 17:34 Odpowiedz
Nawet biurko posprzątał do zdjęcia ;)
lela 26 stycznia 2015 20:22 Odpowiedz
Mega odważna wyprawa! Brawo!:)
exanimus 26 stycznia 2015 22:01 Odpowiedz
Niezla wyprawa!!! naprawde musisz miec w sobie duzo zaparcia. Ja bym po pierwszych dwoch ulewnych dniach i zlapanych kapciach rzucila wszystko w cholere. Pelen szacun!
maciej1987 26 stycznia 2015 22:08 Odpowiedz
Jedna z pierwszych relacji które przeczytałem i chyba z największymi przygodami. Szacun
mattt2 26 stycznia 2015 22:14 Odpowiedz
Szalona wyprawa, ale chyba takie są najlepsze!Gratuluję! Świetny pomysł.
alecrim 1 lutego 2015 01:48 Odpowiedz
Woooow :D Czytalam i czytalam i nie moglam przestac :DDo tego te talerze :D genialne.Masz jakies plany na kolejna wyprawe?? Mógłbys napisac co ze sobą zabierałeś i co w końcu okazało się przydatne a co nie? Czy coś bys zmienil?Pozdrawiam i gratuluję!
wrzoch 5 lutego 2015 20:25 Odpowiedz
Zaplanowanych (w większości już kupionych) wyjazdów mam sporo, choć spośród nich tylko dwa szalone. Jeden wiąże się z pierwszym w życiu przebiegnięciem pełnego maratonu, a drugi ze zdobyciem pięciotysięcznika.Jeśli chodzi o zmiany to przy kolejnej wyprawie zastanowił bym się nad sakwami na przednie koło lub nad przyczepką aby rozłożyć obciążenie z tylnego koła. Poszukałbym też kilku zamienników moich rzeczy na lżejszy namiot, inna kuchenka. Zabrałbym też więcej dętek. Zamieniłbym telefon na mp3 aby słuchać muzyki, tak aby bateria starczała na dłużej. Nie brałbym podwójnych rzeczy np. dwóch kluczy do kół, dwóch śrubokrętów. Niby to nie wiele waży ale grosz do gorsz i się nazbiera trochę kilogramów. Polecam też mieć jakąś fajną pelerynę przeciwdeszczową- ja niestety niczego takiego nie miałem :( I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży :D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.
andrzejdz 5 lutego 2015 21:24 Odpowiedz
[quote="wrzoch" I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży :D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.[/quote]Gdyby to było 20 lat temu to byłbym w 100% chętny na takie coś.Jeszcze pod koniec lat 80 tych zasuwałem rowerem z Legnicy do Kołobrzegu i dalej na Hel. Po Dolnym Slasku to codziennie po 70 km i więcej. Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych. Jeżdziłem dalej ,ale i po czasie odeszły chęci. Maratonu ,chyba już nie przebiegnę ,ale na Rysy rok temu wlazłem. Podziwiam Twoje checi i zapał i życze powodzenia.Ps.Wybrałem ten hostel w Dubaju co napisałeś. Może być na 1-2 noce.
juve 5 lutego 2015 21:29 Odpowiedz
andrzejdz napisał:Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych...z Miłkiem jeździłeś?
andrzejdz 5 lutego 2015 21:35 Odpowiedz
Przyszedł po mnie. Znam go,ale dawno niewidziałem, Teraz biznesmen w Polkowicach i Lubinie.
wrzoch 27 lutego 2017 14:20 Odpowiedz
@‌strayk‌ Wydaje mi się że bardziej będzie Ci się podobał powrót przez Albanię i Chorwację (najlepiej drogą 8 / E65). Super widoki, bliskość morza i dużo łatwiejsza trasa :D