Pomysł samotnej wyprawy do Aten rowerem pojawił się niespodziewanie pod koniec grudnia 2013 roku. Jako pierwsi dowiedzieli się o niej moi rodzice podczas Wigilii. Mama od razu postawiła jeden warunek - „Codziennie masz do mnie dzwonić”. Tylko jak to zrobić gdy człowiek planuje większość noclegów spędzić na dziko, bez możliwości dostępu do elektryczności. Z pomocą przyszedł mi mój przyjaciel ze studiów Mateusz, który obiecał mi zaprojektować i wykonać generator podłączany do dynama, którym będę mógł ładować telefon.
Tak więc mogłem już powoli planować podróż, a na poważnie do wyprawy zacząłem się przygotowywać w połowie kwietnia – trening fizyczny, opracowywanie trasy, słowników z podstawowymi zwrotami, map wraz z atrakcjami miast przez, które miałem przejeżdżać. Najdłużej zeszło mi ze znalezieniem odpowiedniego roweru, a wynikało to po prostu z braku odpowiedniej wiedzy. Pod koniec maja zdecydowałem się kupić rower Kros Trans Alp. Przed wyjazdem największe obawy wzbudzał fakt że nigdy wcześniej nie przejechałem na rowerze więcej niż 100 km. Do ostatniej chwili miałem sporo wątpliwości. Relacja z wyjazdu będzie w większości oparta na zapiskach z dziennika podróży:
Dzień 1 (08.07.2014) – 152 km, łącznie 152 km; Początek był ciężki, już po pierwszych kilometrach chciałem się wycofać z tego szalonego pomysłu. Przez większość dnia wiało w twarz. Prawie godzinę szukałem dogodnego miejsca na nocleg. Śpię w krzakach, blisko torów kolejowych w okolicy miejscowości Trawniki.
Dzień 2 (09.07.2014)– 156 km, łącznie 308 km; Najczęściej odwiedzanym sklepem jest Biedronka. O matko ile tego jest – jedna na wjeździe do miasta, jedna na wyjeździe i jeszcze dwie w centrum. W Zamościu wymieniłem pieniądze a od człowieka w kantorze usłyszałem – „Na Ukrainę to strach jechać samochodem, a co dopiero rowerem”. Te słowa zasiały we mnie strach. Tak to jest że człowiek jadąc samemu, z nudów nawet małą najgłupszą myśl może analizować 20 razy i nadmuchać ją do niewyobrażalnych rozmiarów. Za Tomaszowem Lubelskim miałem pierwszy upadek, przejeżdżając przez przejazd kolejowy, koło wjechało w szynę i bęc. Pierwsze poważne problemy pojawiły się na przejeździe w Herebennym. Celnicy stwierdzili, jest to wyłącznie przejście dla samochodów i mnie nie przepuszczą. Po cichu dodali żebym za rogiem złapał jakiegoś busa, wsadził rower w środek i przejechał granice. Niestety nikt mnie nie chciał zabrać z obawy przed tym że Polscy celnicy przepuszczą, zaś Ukraińscy będą chcieli oclić rower. Nie zostało mi nic innego jak jechanie na kolejne przejście graniczne, które znajdowało się jakieś 50 km dalej.
Dzień 3 (10.07.2014)– 154 km, łącznie 462 km; W nocy złapała mnie ulewa, namiot przemókł, wszystko mam mokre i najgorsze jest to że mam zalaną mapę. Granicę przekroczyłem dopiero na przejściu dla pieszych w Medyce, ani w Budomierzu, ani w Korczowej mnie nie chcieli przepuścić. Dołożyłem przez to co najmniej 150 km. Nie jest tak źle na tej Ukrainie, myślałem że będzie gorzej. Śpię w lesie 30 km przed Lwowem. Ktoś mnie widział jak rozstawiałem namiot, przez to mam lekkiego stracha i dla bezpieczeństwa śpię z nożem przy głowie. Wieczorem w lesie po raz pierwszy w życiu widziałem świetliki – ale czad.
Dzień 4 (11.07.2014)– 118 km, łącznie 580 km; Cały dzień lało. Do Lwowa dojechałem ok. 9, dużo nie zwiedziłem z powodu pogody. Jestem zauroczony tym miastem, wspaniałymi zabytkami i niepowtarzalnym klimatem.
Na wyjeździe ze Lwowa złapała mnie ulewa. Zatrzymałem się na pobliskim przystanku ponieważ nie dało się jechać w taką pogodę i spotkałem starszego pana, który chwalił się Polskimi korzeniami i podarował mi owoce ze swojej działki. Jedyne godziny, w których nie padało to 15-17. W miejscowości Stryi robiąc zakupy natknąłem się na kolejną osobę z Polskimi korzeniami, która dała mi sporo do myślenia… -Z Polski jesteś? –Da. –Ja Ci dam „da”. Ty Polak jesteś i powinieneś odpowiadać „tak”. Wyjeżdżając z miasta zgubiłem się i z pomocą przyszedł mi pewien człowiek, który jak się później okazało… miał Polskie korzenie. Śpię znowu w lesie, jest zimno, cały czas mocno pada i do namiotu zaczyna dostawać się woda.
Dzień 5 (12.07.2014)– 115 km, łącznie 695 km; Wstałem o 5, bo nie dało się spać. Miałem cały śpiwór mokry i dygotałem z zimna. Gdy tylko wyszedłem na drogę zobaczyłem że mam w tylnym kole kapcia. Podczas zmiany dętki okazało się że pompka, którą mam ma końcówkę nie pasującą do dętki, a z powodu problemów z nadgarstkami nie mogłem odkręcić starej aby ją wymienić. Na szczęście udało się kogoś zatrzymać. Dzisiaj pierwszy poważny sprawdzian – przejazd przez Karpaty.
Około 12 postanowiłem się zatrzymać przy strumyku aby zrobić pranie i wysuszyć rzeczy, które przemokły w nocy. O 16 na szczycie podjazdu, pewien rodzina, która gotowała sobie obiad przy drodze, zobaczywszy Polską flagę zaprosiła mnie do siebie. Tego mi brakowało, porządnej chwili odpoczynku, dobrego posiłku i rozmowy z kimś. Tuż za miejscem gdzie się spotkaliśmy zaczął się porządny zjazd, na którym zgubiłem koszulkę, którą suszyłem. Ale w końcu zaczęło mi się dobrze jechać (może to kwestia wódki, którą wspólnie wypiliśmy do obiadu).
Pod koniec dnia złapałem znowu gumę i żeby jeszcze tego było mało, złamała mi się nóżka i zaczęło padać. Kolejnej nocy w mokrym namiocie bym nie wytrzymał, udało się znaleźć jakiś nocleg i to za świetną cenę (25zł). Po 4 dniach mycia się w misce, ciepły prysznic to wspaniała sprawa
:D Strasznie obawiałem się tej Ukrainy, a już widzę że będę za nią tęsknił.
Dzień 6 (13.07.2014)– 141 km, łącznie 836 km; Noc w zajeździe to coś czego mi trzeba było. Bez wątpienia dzień załamania już za mną. Jechało się świetnie. Bez problemów na granicach. Na Węgrzech z powodu niedzieli miałem problemy ze znalezieniem czynnego sklepu i nie mogę nigdzie kupić wody. I znowu złapałem kapcia. Tuż przy granicy z Rumunią zatrzymałem się w restauracji na obiad gdzie do swojego stolika zaprosiło mnie trzech kolarzy z Rumunii. Zaproponowali wspólną drogę do Carei, pokazali miasto, pomogli znaleźć bankomat oraz zaprosili mnie do knajpy (jeden z nich był jej właścicielem) gdzie mnie niesamowicie ugościli. Byli zachwyceni pomysłem z generatorem oraz moją kuchenką. Na pożegnanie pokazali mi czynny sklep oraz odprowadzili mnie na pobliski camping.
Dzień 7 (14.07.2014)– 201 km, łącznie 1037 km; Rano dowiedziałem się że Niemcy wygrali mundial. Dzień zaczęty od prysznica i zmiany ogumienia - w nocy zeszło powietrze z tylnego koła. Cały dzień plaska droga, idealny asfalt. Jestem zaszokowany jakością dróg w Rumunii. Co kilometr przy drodze stał betonowy słupek z numerem i kilometrem drogi oraz informacją ile kilometrów jest do najbliższej miejscowości oraz jakiejś większej.
Widoki dosyć monotonne, cały czas tylko pola kukurydzy, słoneczników i zboża. Cieszę się że udało się złamać granicę 1000km. Zgubiłem flagę.
Dzień 8 (15.07.2014)– 163 km, łącznie 1200 km; Zapowiadał się podobny dzień do poprzedniego i właściwie taki był. Na uwagę zasługuję miasto Arad – nie planowałem się w nim zatrzymywać, ale zachwyciło mnie swoimi zabytkami i postanowiłem zrobić w nim przerwę.
Znalazłem lumpeks gdzie kupiłem białą i czerwoną koszulkę i za pomocą opasek zaciskowych zrobiłem nową flagę. Kolejna nocka w kukurydzy, tym razem już w Serbii.Dzień 9 (16.07.2014)– 95 km, łącznie 1295 km; Bez wątpienia jeden z gorszych dni wyjazdu co widać nawet po ilości przejechanych kilometrów. Rano chciałem zrobić pranie i zauważyłem, że mam pękniętą miskę. Następnie po przejechaniu 30 km złapałem gumę. Próbowałem ją załatać 2 razy ale cały czas uciekało z niej powietrze. Pokierowany wróciłem się 1 km do wulkanizacji gdzie młody chłopak załatał mi jedną dziurę, poczym znalazł 3 i na sam koniec wyszła jeszcze jedna. Po ostatnim łataniu już nawet nie chciał jej sprawdzać, bo by jeszcze kolejna wyskoczyła.
Łącznie straciłem 3 godziny, była 14 a ja miałem ledwie 30km przejechanych. Żeby tego jeszcze było mało ok. 16:00 złapała mnie ulewa dlatego byłem zmuszony do postoju. W miejscowości Kovin, w sklepie komputerowym udało mi się naprawić generator.
Na noc postanowiłem zatrzymać się w hotelu w miejscowości Smeredewo. Kolejnej nocy w mokrym namiocie bym nie wytrzymał.
Dzień 10 (17.07.2014)– 161 km, łącznie 1456 km; Z samego rana kupiłem nową miskę. Wyjeżdżając ze Smeredeva spotkałem kolarza z Francji (ok. 60 lat.), który jechał do Stambułu i był to jego 56 dzień wyprawy, a łącznie planował zrobić 9000 km. Spotkanie z nim dało mi nową energię do pedałowania. Jadąc małymi drogami trochę się pogubiłem. Pytając o nazwę miejscowości uzyskiwałem odpowiedź „same prawo”. Dopiero po jakimś czasie skumałem się że „same prawo” oznacza cały czas prosto. Dzisiaj namiot rozbiłem u jakiś ludzi.
Dzień 11 (18.07.2014)– 151 km, łącznie 1607 km; Z samego rana znów mi padł generator. Po południu udało mi się dojechać do miejscowości Nis, gdzie zrobiłem krótką przerwę na zwiedzanie miasta.
Od razu za miastem zaczęły się potężne góry. Droga wydawała się płaska a mimo to jechało się okropnie, jakby ktoś dowiązał mi coś do roweru i jeszcze zaczęły się tunele, a ja przez zepsuty generator nie miałem świateł…
Z racji braku sklepów przy drodze zdecydowałem się na obiad w przydrożnej restauracji. Ok. 18:30 w miejscowości Pirot zdecydowałem aby po raz kolejny rozbić namiot u kogoś na podwórku. W pierwszym domu gospodyni odmówiła i powiedziała żebym rozbił namiot w centrum miasta w parku. Całe szczęście szybko udało się znaleźć dom, przed którym bez problemu mogłem się rozbić.
Dzień 12 (19.07.2014)– 149 km, łącznie 1756 km; Rano zostałem jeszcze ugoszczony przez gospodynię ciepła herbatą. Szybko udało się dotrzeć do granicy Serbsko – Bułgarskiej i popołudniu znajdowałem się już w Sofii. Pytając o drogę do cerkwi św. Jerzego spotkałem dwie studentki, które postanowiły oprowadzić mnie po całym mieście.
Wyjazd z miasta zgotował mi wiele strachu. Okazało się że droga, którą planowałem wyjechać jest autostradą, choć na mojej mapie była zaznaczona jako zwykła. Widząc szerokie pobocze postanowiłem jechać, musiałem pokonać jedynie 15-20km. Wszystko byłoby ok gdyby nie fakt że nagle na autostradzie zaczęły się tunele. W tunelu na autostradzie nie ma pobocza więc byłem zmuszony do jazdy zwykłym pasem. Czysta głupota. Przyznam szczerze gacie miałem pełne gdy słyszałem że za mną jedzie jakiś tir, który na mnie trąbi. Każdy dźwięk w tunelu słychać 100 razy głośniej. I znowu pech…. rozpętała się ulewa a ja złapałem gumę na autostradzie.
Pod koniec dnia szukając hotelu po raz pierwszy na własnej skórze doznałem tego o czym tylko słyszałem na temat Bułgarów i ich kiwania głową na „nie” mówiąc tak i na odwrót. Zostałem totalnie zdezorientowany.
Dzień 13 (20.07.2014)– 156 km, łącznie 1912 km; Okropny dzień. Zaczęły się ogromne podjazdy i niewiarygodny skwar. Na podjazdach byłem zmuszony do robienia przerwy co 500m .
I ten 20 km podjazd do granicy Macedońskiej… tragedia. Całe szczęście Macedonia przywitała mnie cudownym 30 km zjazdem (pierwsze 10 km było strasznie strome i przejechane z prędkością 50 km/h). Wystarczyło przejechać jedną górę i nagle zaczęły się zupełnie inne widoki – góry porośnięte drzewami zamieniły się w pagórki zarośnięte trawami.
I kolejna awaria tylnego koła... Nie mam już żadnej nowej dętki i zostały mi tylko 3 łaty.
-- 29 Paź 2014 19:30 --
Dzień 14 (21.07.2014)– 113 km, łącznie 2025 km; Z samego rana zdecydowałem się na zmianę trasy, aby jak najszybciej dojechać do Skopje gdzie będę mógł znaleźć sklep rowerowy. Początkowo planowałem odbić na Kosowo, a dopiero później zahaczyć o stolicę Macedonii ale z racji ostatnich usterek musiałem jak najszybciej znaleźć sklep rowerowy.
Jeśli chodzi o Skopje to będąc tam obiecałem sobie że jeśli w 2015 roku Wizzair zorganizuje tam maraton i będzie znowu rozdawał vouchery zniżkowe to nie ma bata, polecę tam i pobiegnę swój pierwszy maraton w życiu. W tym roku naciachałem chyba z 30 kuponów a w połączeniu z 10leciem Wizzara otrzymałem m.in. Dubaj przez Budapeszt RT za 140 zł. Ok. 16 dotarłem do granicy, a pierwsze rzeczą jaką ujrzałem w Kosowie była … ogromna flaga Albanii. Przepiękne góry i strasznie specyficzny klimat, który ciężko scharakteryzować.
Nocka na w namiocie na jakiejś łące… nad głową co chwile lata jakiś helikopter wojskowy a z meczetów cały czas słychać jakieś modlitwy. I ten sms od Playa… „Play wita w Monako…” BTW Wiedzieliście że w Kosowie jest Euro?
Dzień 15 (22.07.2014)– 160 km, łącznie 2185 km; W nocy znowu złapała mnie burza i byłem zmuszony wstać przed 5. W Pristinie – stolicy Kosowa sporo czasu zajęło mi znalezienie jakiegoś miejsca gdzie mógłbym kupić jakiekolwiek pamiątki. Po południu byłem już z powrotem w Skopje i znowu zahaczyłem o sklep rowerowy bo po drodze złapałem gumę. Pech mnie chyba nie opuszcza znowu przegapiłem gdzieś zjazd na odpowiednią drogę i droga zamieniła się w autostradę i do tego znowu zaczęło mocno padać.
Dzień 16 (23.07.2014)– 152 km, łącznie 2337 km; Dzień bez szczególnych przygód. Udało się pobić rekord prędkości – teraz nowy wynosi 60 km/h. Do Grecji mam już 10 km.
Dzień 17 (24.07.2014)– 172 km, łącznie 2509 km; Grecja przywitała mnie płaską drogą i dosyć szybko znalazłem się w Tesalonikach.
Znowu problem z wyjazdem z miasta ponieważ była autostrada i po paru kilometrach szukając jakiejś alternatywy zdałem sobie sprawę że to jedyne rozwiązanie. I znowu problem, pojawiły się bramki – pierwsze udało się przejechać z jakimś tirem natomiast już na drugich wyszła do mnie straż, która mnie zatrzymała. Przeprowadzili mnie przez ogrodzenie i kazali jechać jakąś piaskową drogą do małej miejscowości, gdzie dalej bez problemu powinienem znaleźć drogę do Katerini. [Uprzedzając Wasze pytania autostrady, którymi jechałem nie miały dróg serwisowych]. Wieczorem zajechałem jeszcze na plażę aby umyć się i zrobić pranie. Namiot rozbijałem już po ciemku, kompletnie nie wiedząc gdzie się znajduję. Rano okazało się że przede mną znajdowała się góra Olimp.
Dzień 18 (25.07.2014)– 150 km, łącznie 2659 km;
Po 20 km zaczęło mi się robić duszno i słabo, dosyć częste przerwy i po raz pierwszy zacząłem pchać rower pod górkę. 6 godzin ciągłego wdrapywania się żeby po 30-40 km dotrzeć do zjazdu. Jestem wykończony i chyba powoli nie kontroluje siebie o czym może świadczyć fakt że w Larisie po zakupach w supermarkecie okazało się że nie przypiąłem roweru, mimo że wcześniej wyjąłem łańcuch i położyłem go na bagażniku. Kolejna nocka w namiocie.
Dookoła namiotu kompletnie nic nie ma…
Dzień 19 (26.07.2014)– 135 km, łącznie 2794 km; Po kilkunastu kilometrach zobaczyłem tabliczkę Ateny – 270km i wstąpiły we mnie nowe siły oraz wiara, że już jutro mogę dotrzeć do celu. Szybko moje plany zmieniły 2 strome 5 km podjazdy. Wyjeżdżając z Lami autostradą widząc zjazd na drogę, którą powinienem jechać oraz górę na którą będę musiał się wdrapać, zmieniłem plany i postanowiłem dalej jechać autostradą.
Fizycznie nie dałbym rady pod nią podjechać... chyba że cały dzień bym pod nią wpychał rower. Nocka za ogrodzeniem na autostradzie. Pod rękawiczkami pojawiły mi się na dłoniach bąble.
-- 29 Paź 2014 19:35 --
Dzień 20 (27.07.2014)– 130 km, łącznie 2924 km; Dzień przywitał mnie 2,5 km tunelem na autostradzie.
Tuż za nim zostałem zatrzymany przez straż drogową, która kazała zjechać mi pobliskim zjazdem. Chwilę później okazało się że trafiłem na drogę, przypominającą starą drogę do Aten (tą sprzed autostrady). W moim przekonaniu utwierdził mnie pewien grecki kolarz, którego spotkałem.
Niestety po przejechaniu 5 km, droga z powrotem doprowadziła mnie na autostradę. Praktycznie cały dzień jechałem autostradą lub drogą serwisową tam gdzie było to możliwe. 5km przed Thivą (miejscem gdzie planowałem zjeżdżać z autostrady i jechać inną drogą) złapała mnie znowu straż drogowa i eskortowała do najbliższego zjazdu. Ale czad… własna eskorta
:D Z racji jazdy autostradą przez cały dzień nie widziałem żadnych sklepów i nie robiłem żadnych zakupów. W Thivie okazało się że wszystko jest pozamykane ponieważ jest już późno i jest niedziela. Jestem wykończony, patrzę na nogi i ręce i jest tragedia. Zrzuciłem sporo kilogramów, jestem głodny, nie mam nic na śniadanie, na kolację i nie wiem za ile kilometrów znajdę następny sklep.
Dzień 21 (28.07.2014)– 87 km, łącznie 3011 km; Sklep znalazłem dosyć szybko i równie szybko dojechałem do Aten. Pod Akropolem stanąłem mając na liczniku 2992 km. Tyle czasu czekałem na ten moment, a w ogóle się tym nie cieszyłem, po prostu nie mam sił.
Dzień 22 (29.07.2014)– 8 km, łącznie 3019 km; Nocka w hotelu i prysznic oraz pierwszy dzień bez pedałowania to coś co na pewno choć trochę mnie odbudowało. Z samego rana oddałem rower do serwisu i ruszyłem na zwiedzanie miasta. Ciekawa sprawa, że jako Polski student prawie wszędzie miałem wejście za darmo.
Zwiedzając Akropol podłączyłem się do Polskiej wycieczki i udawałem Greka
:D Podjąłem decyzję, że jutro wyruszam w drogę powrotną. Muszę coś zmienić, bo w takim stanie nie ma szans żebym dojechał do Polski, postanowiłem robić w godzinach największego upału kilkugodzinne przerwy. Wieczorem w pobliskiej kafejce internetowej zrobiłem też kilka screenów gogolowskich z drogą do Lublany, ponieważ na tym odcinku na mojej mapie nic nie widać.
Dzień 23 (30.07.2014)– 143 km, łącznie 3162 km;
Wczoraj wieczorem udało się naprawić generator. Droga minęła dosyć szybko, widać że wróciły do mnie siły, ale też zupełnie inaczej się jedzie mogąc słychać muzyki. Po drodze nawet ustanowiłem nowy rekord prędkości 62km/h.
Dzień 24 (31.07.2014)– 119 km, łącznie 3281 km; Powrócił dobry humor. Droga do Termopil szybko minęła. Tuż przed podjazdem pękła i obręcz i wyrwało szprychę.
Na szczycie spotkałem Turka, który jechał do Delfi, zrobił podobny dystans i miał 30 dzień podróży. Takie spotkania naprawdę dodają siły. Zjeżdżając ze szczytu kilka razy przekroczyłem dozwoloną prędkość i nawet wyprzedziłem zjeżdżającą ciężarówkę mając ok. 50k/m. Niezły wyczyn jak na rower.
2 godzinna przerwa pod Lidlem w Lamii i po kilku kilometrach złapałem gumę. Chyba pech znowu do mnie powraca. W Atenach miałem zmienić oponę tylnią z przednią aby się równomiernie zużywały ale doszedłem do wniosku że zrobię to jak złapię gumę aby zaoszczędzić sobie robotę. Tylnia opona była tak podziurawiona że dało się przez nią przełożyć długopis.
Na szczęście udał się jakoś wrócić do Lamii i znaleźć otwarty sklep rowerowy. Niestety nie mieli nowej obręczy 28 calowej, a więc muszę dalej jechać z krzywym kołem.
-- 29 Paź 2014 19:42 --
Dzień 25 (01.08.2014)– 141 km, łącznie 3422 km; Tak dobrze mi się jechało, że aż musiałem się zmusić do popołudniowej przerwy. Większość dnia dosyć płasko. Pod koniec dnia w miejscowości Meteora spotkałem kolorowy samochód z polskimi studentami. Strasznie rozbawiła mnie ich przygoda z przejścia Chorwacko-Bosniackiego gdy dając celnikowi paszporty zapomnieli, że 2 osoby śpią na dachu samochodu. Nie zapomnę tez tej miejscowości z bardzo dziwnych gór, które tam widziałem.
Dzień 26 (02.08.2014)– 139 km, łącznie 3561 km; Od samego rana nie chciało mi się jechać, jestem strasznie senny. Sporo podjazdów a otuchy dodają mi co chwilę machający ludzie, których mijam. Na jednym ze zjazdów musiałem w coś walnąć, ponieważ nagle trochę mocno wykrzywiło mi się koło.
Aby jechać dalej musiałem odłączyć tylni hamulec. Ostatnie 50 km widząc znikome natężenie ruchu (1-2 samochody na minutę) zdecydowałem się na jazdę autostradą, aby nie zgubić się na nieoznakowanych małych bocznych drogach. Wieczorem dojechałem do Kastorii. W miejscowości nie widziałem żadnego hotelu a jedynym miejscem jakie znalazłem na rozbicie namiotu była jakaś opuszczona posesja.
Dzień 27 (03.08.2014)– 123 km, łącznie 3684 km; W końcu po 10 dniach opuszczam Grecję. Pożegnała mnie ona pięknym akcentem. 2 km przed granicą zaatakowały mnie dwa psy pasterskie. Jeden z nich rozszarpał mi koszulkę, która suszyłem na sakwach. Całe szczęście udało się uciec. Pierwszy fakt, który rzuca się w oko w Albanii to jak tu jest tanio. Za obiad dwudaniowy w restauracji zapłaciłem 8 zł.
Ok. 16 zobaczyłem na poboczu polskiego tira. Postanowiłem się zatrzymać i pogadać. Kierowca czekał na konwój, który powinien z nim jechać od granicy. Rozmawialiśmy prawie godzinę i przez ten czas opowiedział mi wiele ciekawych historii w tym jedną, która mnie troszkę przestraszyła. Dwa lata temu będąc w Albanii spotkał polskich żołnierzy stacjonujących w Kosowie. Na pytanie jak tam jest, uzyskał odpowiedź, że ostatni tydzień był spokojny tylko jedna bomba i jeden policjant zabity. Sam nie wiem ile w tym prawdy ale cieszę się, że Kosowo mam już za sobą.
Dzień 28 (04.08.2014)– 122 km, łącznie 3806 km; „Nigdy nie wiesz kiedy i w co zamieni się tutaj droga” Słowa kierowcy faktycznie się sprawdziły.
Nagle główna droga z Grecji do stolicy Albanii zamieniła się w piaskowo – żwirową drogę z elementami płyt betonowych. Zapowiadał się najtrudniejszy dzień wyjazdu, według mapy moja droga prowadziła między dwoma szczytami (ok. 2900m i 2600m).
Mimo potężnych i wspaniałych gór droga okazała się przez większość dnia płaska. W miejscowości Elbasan zatrzymałem się na obiad, a podnosząc rower na wysoki krawężnik wyrwałem siodełko. Żeby mojego pecha było mało kilkanaście kriometrów dalej w 2,5 km tunelu pękła mi obręcz w drugim miejscu i wyrwało mi na raz 4 szprychy.
W nocy sporo strachu bo mój namiot zaatakowało kilka psów. Udało się je przegonić ale wracały jeszcze z 4 razy w ciągu nocy.
Dzień 29 (05.08.2014)– 165 km, łącznie 3971 km; Do stolicy dojechałem dosyć szybko bo miałem do niej tylko 15 km. Udało się też znaleźć sklep rowerowy, gdzie dostałem nową obręcz. Niestety nie mieli tam przekładni 8 biegowej i musiałem zadowolić się 7 (stara przekładnia była połączona z Piastem i nie dało się jej zamontować do nowej obręczy).
Z nowym kołem jechało się tak dobrze, że wieczorem udało mi się dojechać do Czarnogóry.
-- 29 Paź 2014 19:47 --
Dzień 30 (06.08.2014)– 120 km, łącznie 4091 km; Próbując przedostać się do morza natrafiłem na 4,5 km tunel. Zostałem zatrzymany na bramkach i aż godzinę czekałem aż panu z obsługi uda się złapać jakiś samochód dla mnie. Tuż za tunelem trafiłem na drogę wzdłuż morza, którą będę jechał przez prawie 700km. Cudowne widoki.
Ostro
:DMyślałem że będzie tutaj masa komentarzy, ale widzę że jestem pierwszy
:DCzytaliśmy ten opis z niedowierzaniem, że można być tak szalonym by pojechać samemu w taką podróż
:DI do tego tyle awarii roweru
:DNiewiarygodna wyprawa
:DZwykły, szary zjadacz chleba nie może sobie nawet wyobrazić, że można pojechać tak daleko rowerem
:DTo zabawa tylko dla prawdziwych podróżników
:)Pełen respekt !
Po przeczytaniu tej relacji od razu ciskają mi się w usta słowa: "jesteś prawdziwym hardcorem":>Sam troszkę jeżdżę na rowerze także tym bardziej podziwiam Twój wyczyn, ponieważ wiem jak to dupsko piecze przy 150 km,a Ty takie dystanse robiłeś prawie codziennie z balastem i ciągłymi awariami, dupę i nerwy to masz chyba ze stali:>Szacunek!!!
Zasługujesz na miano założyciela nowej greckiej linii Airpodil Siedlce-Ateny, czas pedałowania 21dni OW z własnym cateringiem.W sumie mianuję Cię na największego kamikadze rowerowego tego forum i nie tylko i zdaję sobie sprawę jakim był ten wyczyn dla Ciebie. Inaczej pisać relację o pokonaniu samolotami 9 tys km w 17 dni a coś innego rowerem ponad 5 tys . To się w głowie nie mieści ,jaką trzeba mieć chęć aby z dnia na dzień tak dążyć do celu,tego wybranego celu i go osiągnąć pokonując dobre 150 km dziennie. Jeszcze raz moje moje uszanowania, też kiedyś zapalonego rowerzysty.
Dla mnie zdecydowanie relacja miesiąca!Bardzo ciekawa, fajne zdjęcia. Tak się zaczytałem, że w ostatnich chwili zobaczyłem swój przystanek bo inaczej pojechałbym dalej ... relację czytałem w telefonie
:)
Mega szacun. Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej determinacji, siły ducha i mięśni, bo 150 km dziennie przez tyle dni to naprawdę wielki wyczyn. Jestem dumny, że jestem Siedlczaninem. Nawet w drodze wyjątku zgodziłbym się zrobić Ci fotkę pod ratuszem
:)
Wow!!! Przeczytalam jednym tchem. Podziwiam! Miales tyle przygód a ze wszystkim swietnie sobie poradziles.. jak stary wyjadacz;) a jak rozumiem to byla pierwsza tak dluga wyprawa rowerowa?
Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło
:D
Ale wyprawa
:-) Na pewno uświadomiłeś wielu osobom, jak trudne jest to przedsięwzięcie; że samo posiadanie kondycji na przejechanie 150 km dziennie np. w Polsce, po płaskim i w słoneczku zdecydowanie nie wystarczy, żeby dojechać do Aten i objechać Półwysep Bałkański. Teraz już wiemy, że te 150 km dziennie to może być ciężka jazda, lub po prostu pchanie roweru pod górę, cały czas w deszczu lub pod palącym słońcem, po bezdrożach lub tunelem autostradowym przed TIR-em
;-) kiedy co chwilę łapie się gumę lub traci szprychy. Twój rower jest chyba napędzany siłą psychiczną
;-)
Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeZ całej wyprawy zapamiętałem najbardziej
Wrócił prawdziwy facet
:)Gratuluję, szczególnie wyprawy wgłąb siebie.
Ja również pogratuluję wyprawy - sam mam za sobą takich kilka (Tallinn, Rzym, Maribor, Lyon), ale to było dawno temu.PS - też jestem z Siedlec
:) jak zobaczyłem zdjęcie z Jackiem, wiedziałem żeś swój.
Wspaniała wyprawa! Gratuluję nie poddawania się, chociaż warunki pogodowe i awarie roweru miałeś dosyć często
:)Całość czytało się bardzo dobrze - naprawdę potrafisz zaciekawić czytelnika
:)
Szacun, za porwanie się na taką wyprawę.Planuję wyprawę z Helu do Świnonujścia i zastanawiam się czy wystarczająco dużo przeczytałemna ten temat i czy jestem już na to gotów, a tu taka relacja : )Mam pytania - ile kosztował Cię ten wyjazd i gdzie następna wyprawa ?
20 lat wstecz konczac jedna z klas technikum, postanowilismy pojechac na rowerach do Barcelony.Zero przygotowan kondycyjnych, rower zapewne kojarzycie "kolarka Gazela", dojechalismy ledwie do Zurychu, Alpy nas wykonczyly.Przez cala wyprawe nie zlapalismy z kumplem ani jednej gumy. Najbardziej wspominam jednak slowa siostry jak wrocilismy po 6 tygodniach Mariusz za rok jade z Wami
:) schudlem w tym czasie 14 kg
:D slowem masakra kosci i skora. Podziwiam i pozdrawiam.
Niezły wyjazd!Parokrotnie zdarzało mi się jeździć rowerem po Europie i wiem jaki to jest wysiłek. Ile trudu trzeba włożyć. Czasem można to streścić w trzech słowach: krew, pot i łzy. A potem człowiek wraca i chce znów gdzieś pojechac. Tym razej dalej i na dłużej.Powodzenia przy następnych wypadach!
:)
wrzoch napisał:Jaki model opony i bagażnika? - Nie mam pojęcia. Tak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa. Tak jak pisałem na wstępie, mój poprzedni rekord trasy przejechanej na rowerze wynosił 100km. Stąd brały się usterki, o których mogliście przeczytać. Bez wątpienia pojechałem zbyt mocno obciążony - z braku wiedzy tak naprawdę nie wiedziałem co może się przydać a bez czego można dać sobie radę. PS. 2 dni przed wyjazdem po raz pierwszy w życiu zmieniałem koło
:DNadmierne obciążenie to jedno. Drugie to sprawdzony sprzęt. Sam nigdy nie przekroczyłem jeszcze 1000km na jednym tripie, ale każdy wariat robiący większe dystanse mówił, że nie ma innej opcji jak opona Schwalbe Marathon. Nie do zdarcia.
mashacra napisał:Dobry wstęp do kolejnej wyprawy, czytało się jak Europejską wersjęhttp://lubimyczytac.pl/ksiazka/172380/c ... na-rowerzeByła to jedyna rzecz, dotycząca kolarstwa jaką przeczytałem przed wyjazdem. Polecam tą książkę, naprawdę warta przeczytania.zxcvbnm napisał:Pełen podziw, dziwi mnie tylko częstotliwość zmiany dętki - czyżby jakaś wada w feldze Krosa czy inny problem ?Problemem było tak jak pisałem obciążenie jakie ze sobą zabrałem. Momentami mogłem mieć nawet do 50kg na bagażniku (gdzie max wynosi 30). A obciążenie cały czas dokładałem, bo zbieram z podróży talerze i przywiozłem ich z tej wyprawy aż 11. Przednie koło ani razu nie uległo awarii.
Przybijam Ci wirtualną piątkę!Ps. Jeżeli będziesz miał chęć wybrać się gdzieś w świat, to dawaj znać. W sumie pochodzę z Mrozów nieopodal Siedlec, więc możemy organizować coś wspólnie - preferujemy typowo weekendowe wyjazdy.
Super relacja, fajnie się czytało.Wiem z czym się musiałes zmierzyć bo sam kiedyś wybrałem sie do Pragi.Raz złapałem gumę a przejechałem prawie 800km.Poza tym nie trzeba nigdzie dalejo leciec aby "załapać" się na porę deszczową.
Szacunek należy Ci się za taką wyprawę, a za tą ilość gum i problemów ze sprzętem to +10 do wytrzymałości. Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".
orodruin2 napisał:Ja chyba już po 2 gumach bym powiedział sobie "pier... wracam".wrzoch pewnie też tak sobie pomyślał i wrócił przez Ateny.
:DZ ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?
Szacuneczek dla kolegi za zdobycie się na tak daleką podróż, rowerkiem.I to się nazywa przygoda
;) Przez zimę planuj następną podróż ,już Cię chyba nic nie zaskoczy.Powodzenia.
jestem pod wrażeniem, chylę czoła! szacunek za wysiłek przy takich przeciwnościach losu (pogoda, rower)żałuję, że gdy ja byłem młody granice były pozamykane, paszport nieosiągalny, waluty zero, teraz zas na karku lata i na taką wyprawę się nie odważęfanie się czytało Twoją relację - chociaż chciałbym więcej i jeszcze więcej
Brak mi słów
:) Podejrzewam że to będzie ta historia, którą będziesz opowiadał do końca życia w pubach, a koledzy będą wtedy stawiali Ci kolejne piwo, żebyś tylko mówił dalej.
mashacra napisał:Z ciekawości, @wrzoch czytałeś jakieś poradniki "wyprawowe" czy poszedłeś na żywioł, no i sam rower zainwestowałeś w lepsze gumy, jakieś ulepszenia, czy pojechałeś na stocku?Pojechałem na żywioł. Czytałem tylko książkę Marka Beaumont "Człowiek,który objechał świat na rowerze". A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem.
startaczerr napisał:Rozumiem,że sakwy Crosso sprawdziły się bez zarzutu ?Tak, choć na jednej, przy dolnym zaczepie pojawiły się jakieś przetarcia i zrobiła się mała dziura.
Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze
:) I mówię to jako konsumenki patriota. -- 06 Lis 2014 01:18 -- wikiman napisał:Crosso są dobre, ale Ortlieb lepsze
:) I mówię to jako konsumencki patriota.
wrzoch napisał:A jeśli chodzi o rower to pojechałem na wersji podstawowej, którą kupiłem w sklepie. W żadne ulepszenia nie inwestowałem.
:shock:
:shock:
:shock:duuuuży błądnie znasz się / brak doświadczenia - jasna sprawa, ale mogłeś zapytać kogoś kto siedzi w temacie
;)gdybyś włożył trochę $ w koła - lepsze opony, lepsze dętki, mleczko do dętki, itd. - zredukował byś swoje problemy z kołami w znacznym stopniu
8-)Tak czy inaczej MEGA szacun !
Brak słów, żeby wyrazić podziw! Jesteś niesamowity!!Ja od kilku lat zbieram się na chociaż kilkudniową wyprawę rowerową, ale nie mam odpowiedniego sprzętu i przeraża mnie wizja samodzielnych napraw w polowych warunkach. Musiałabym jednak pojechać z kimś, kto znałby się w znacznym stopniu na rowerach, żeby się czuć bezpiecznie.Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnie. Tym bardziej wielki ukłon w Twoją stronę za znoszenie wszystkich niewygód
:) Czekam na relację z kolejnej podróży, o ile planujesz podobny trip!
:D
Arrival napisał:Ile schudłeś?
;)Zaledwie 4 kg, ale sporo schudłem przygotowując się do wyjazdu i przed startem nie było zbytnio z czego zrzucać. Największy ubytek masy miałem tuż przed Atenami, czułem to i widziałem choć nie miałem gdzie się zważyć, a zanim dojechałem do domu zdążyłem nabrać na masie.PS. Od czasu powrotu już przytyłem 8 kg
:D -- 20 Lis 2014 00:14 -- Quote:Podejrzewam, że dokuczałaby mi też samotność, zwłaszcza, jeśli nie mogłabym z nikim pogadać swobodnieTo jest akurat najpiękniejsza rzecz z całego tego wyjazdu. Strasznie mi tego brakuje i choć początkowo powiedziałem że największym błędem było pojechanie samemu w taką podróż to teraz zrobiłbym to ponownie tylko z tego względu żeby zasmakować jeszcze raz takiego osamotnienia. Gdy nie masz z kim pogadać, masz w końcu możliwość pogadania samemu ze sobą
:D
Wielki szacunek! Przeczytałam od początku do końca całą Twoją relację i bardzo Cie podziwiam!
:)Sama lubię samotne wyjazdy, mają coś w sobie. A dla Ciebie wielkie brawo za zaparcie i motywację do pokonywania trudności jakie spotkały Cie na tej wyprawie, sądzę że wyprawie życia
:)Powodzenia w przyszłych planach i spełnianiu kolejnych marzeń
:)
Nie pozostaje nic innego, jak podpisać się pod pozytywnymi komentarzami.Powiem Ci krótko kolego.Jesteś dla mnie suuuper kozak.Ciekawie napisane. No i te zdjęcia.PS Pomyśl o kolejnej wyprawie.
:D Może na kraniec Europy. Do Portugali ? Bo kondycję już masz wyrobioną.
;) Pozdrawiam i gratuluję.
Brakuje słów. Podziwiam wolę i determinację, by mimo tylu problemów przeć dalej do przodu. I to z takim tempem! Pełen szacunek
:)Aż nachodzi mnie ochota na kolejną wyprawę, bo od ostatniej w 2012 zaniedbałem się w temacie... Inspirujące
:)Jeśli mógłbym zapytać - jak kształtowały się Twoje dzienne wydatki?
Kolego, szacun i niskie ukłony. Będziesz miał co wnukom opowiadać
;) A tu człowiek kiedyś jednorazowo dziabnął rowerem 75km i myślał, że jest hardkorem...
:P
Niezla wyprawa!!! naprawde musisz miec w sobie duzo zaparcia. Ja bym po pierwszych dwoch ulewnych dniach i zlapanych kapciach rzucila wszystko w cholere. Pelen szacun!
Woooow
:D Czytalam i czytalam i nie moglam przestac
:DDo tego te talerze
:D genialne.Masz jakies plany na kolejna wyprawe?? Mógłbys napisac co ze sobą zabierałeś i co w końcu okazało się przydatne a co nie? Czy coś bys zmienil?Pozdrawiam i gratuluję!
Zaplanowanych (w większości już kupionych) wyjazdów mam sporo, choć spośród nich tylko dwa szalone. Jeden wiąże się z pierwszym w życiu przebiegnięciem pełnego maratonu, a drugi ze zdobyciem pięciotysięcznika.Jeśli chodzi o zmiany to przy kolejnej wyprawie zastanowił bym się nad sakwami na przednie koło lub nad przyczepką aby rozłożyć obciążenie z tylnego koła. Poszukałbym też kilku zamienników moich rzeczy na lżejszy namiot, inna kuchenka. Zabrałbym też więcej dętek. Zamieniłbym telefon na mp3 aby słuchać muzyki, tak aby bateria starczała na dłużej. Nie brałbym podwójnych rzeczy np. dwóch kluczy do kół, dwóch śrubokrętów. Niby to nie wiele waży ale grosz do gorsz i się nazbiera trochę kilogramów. Polecam też mieć jakąś fajną pelerynę przeciwdeszczową- ja niestety niczego takiego nie miałem
:( I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży
:D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.
[quote="wrzoch" I chyba najważniejsze, zabrałbym jakiegoś towarzysza podróży
:D Choć tak jak pisałem kilka postów wyżej, fajnie jest pobyć w takim osamotnieniu aby móc w końcu pogadać ze sobą.[/quote]Gdyby to było 20 lat temu to byłbym w 100% chętny na takie coś.Jeszcze pod koniec lat 80 tych zasuwałem rowerem z Legnicy do Kołobrzegu i dalej na Hel. Po Dolnym Slasku to codziennie po 70 km i więcej. Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych. Jeżdziłem dalej ,ale i po czasie odeszły chęci. Maratonu ,chyba już nie przebiegnę ,ale na Rysy rok temu wlazłem. Podziwiam Twoje checi i zapał i życze powodzenia.Ps.Wybrałem ten hostel w Dubaju co napisałeś. Może być na 1-2 noce.
andrzejdz napisał:Trenowałem w Górniku Polkowice ponad 2 lata ,ale z tego zostały wspomnienia i wyleczyłem sie szybko na początku lat 90 tych...z Miłkiem jeździłeś?
@strayk Wydaje mi się że bardziej będzie Ci się podobał powrót przez Albanię i Chorwację (najlepiej drogą 8 / E65). Super widoki, bliskość morza i dużo łatwiejsza trasa
:D
Tak więc mogłem już powoli planować podróż, a na poważnie do wyprawy zacząłem się przygotowywać w połowie kwietnia – trening fizyczny, opracowywanie trasy, słowników z podstawowymi zwrotami, map wraz z atrakcjami miast przez, które miałem przejeżdżać. Najdłużej zeszło mi ze znalezieniem odpowiedniego roweru, a wynikało to po prostu z braku odpowiedniej wiedzy. Pod koniec maja zdecydowałem się kupić rower Kros Trans Alp. Przed wyjazdem największe obawy wzbudzał fakt że nigdy wcześniej nie przejechałem na rowerze więcej niż 100 km. Do ostatniej chwili miałem sporo wątpliwości. Relacja z wyjazdu będzie w większości oparta na zapiskach z dziennika podróży:
Dzień 1 (08.07.2014) – 152 km, łącznie 152 km;
Początek był ciężki, już po pierwszych kilometrach chciałem się wycofać z tego szalonego pomysłu. Przez większość dnia wiało w twarz. Prawie godzinę szukałem dogodnego miejsca na nocleg. Śpię w krzakach, blisko torów kolejowych w okolicy miejscowości Trawniki.
Dzień 2 (09.07.2014)– 156 km, łącznie 308 km;
Najczęściej odwiedzanym sklepem jest Biedronka. O matko ile tego jest – jedna na wjeździe do miasta, jedna na wyjeździe i jeszcze dwie w centrum. W Zamościu wymieniłem pieniądze a od człowieka w kantorze usłyszałem – „Na Ukrainę to strach jechać samochodem, a co dopiero rowerem”. Te słowa zasiały we mnie strach. Tak to jest że człowiek jadąc samemu, z nudów nawet małą najgłupszą myśl może analizować 20 razy i nadmuchać ją do niewyobrażalnych rozmiarów. Za Tomaszowem Lubelskim miałem pierwszy upadek, przejeżdżając przez przejazd kolejowy, koło wjechało w szynę i bęc. Pierwsze poważne problemy pojawiły się na przejeździe w Herebennym. Celnicy stwierdzili, jest to wyłącznie przejście dla samochodów i mnie nie przepuszczą. Po cichu dodali żebym za rogiem złapał jakiegoś busa, wsadził rower w środek i przejechał granice. Niestety nikt mnie nie chciał zabrać z obawy przed tym że Polscy celnicy przepuszczą, zaś Ukraińscy będą chcieli oclić rower. Nie zostało mi nic innego jak jechanie na kolejne przejście graniczne, które znajdowało się jakieś 50 km dalej.
Dzień 3 (10.07.2014)– 154 km, łącznie 462 km;
W nocy złapała mnie ulewa, namiot przemókł, wszystko mam mokre i najgorsze jest to że mam zalaną mapę. Granicę przekroczyłem dopiero na przejściu dla pieszych w Medyce, ani w Budomierzu, ani w Korczowej mnie nie chcieli przepuścić. Dołożyłem przez to co najmniej 150 km. Nie jest tak źle na tej Ukrainie, myślałem że będzie gorzej. Śpię w lesie 30 km przed Lwowem. Ktoś mnie widział jak rozstawiałem namiot, przez to mam lekkiego stracha i dla bezpieczeństwa śpię z nożem przy głowie. Wieczorem w lesie po raz pierwszy w życiu widziałem świetliki – ale czad.
Dzień 4 (11.07.2014)– 118 km, łącznie 580 km;
Cały dzień lało. Do Lwowa dojechałem ok. 9, dużo nie zwiedziłem z powodu pogody. Jestem zauroczony tym miastem, wspaniałymi zabytkami i niepowtarzalnym klimatem.
Na wyjeździe ze Lwowa złapała mnie ulewa. Zatrzymałem się na pobliskim przystanku ponieważ nie dało się jechać w taką pogodę i spotkałem starszego pana, który chwalił się Polskimi korzeniami i podarował mi owoce ze swojej działki. Jedyne godziny, w których nie padało to 15-17. W miejscowości Stryi robiąc zakupy natknąłem się na kolejną osobę z Polskimi korzeniami, która dała mi sporo do myślenia…
-Z Polski jesteś?
–Da.
–Ja Ci dam „da”. Ty Polak jesteś i powinieneś odpowiadać „tak”.
Wyjeżdżając z miasta zgubiłem się i z pomocą przyszedł mi pewien człowiek, który jak się później okazało… miał Polskie korzenie. Śpię znowu w lesie, jest zimno, cały czas mocno pada i do namiotu zaczyna dostawać się woda.
Dzień 5 (12.07.2014)– 115 km, łącznie 695 km;
Wstałem o 5, bo nie dało się spać. Miałem cały śpiwór mokry i dygotałem z zimna. Gdy tylko wyszedłem na drogę zobaczyłem że mam w tylnym kole kapcia. Podczas zmiany dętki okazało się że pompka, którą mam ma końcówkę nie pasującą do dętki, a z powodu problemów z nadgarstkami nie mogłem odkręcić starej aby ją wymienić. Na szczęście udało się kogoś zatrzymać. Dzisiaj pierwszy poważny sprawdzian – przejazd przez Karpaty.
Około 12 postanowiłem się zatrzymać przy strumyku aby zrobić pranie i wysuszyć rzeczy, które przemokły w nocy. O 16 na szczycie podjazdu, pewien rodzina, która gotowała sobie obiad przy drodze, zobaczywszy Polską flagę zaprosiła mnie do siebie. Tego mi brakowało, porządnej chwili odpoczynku, dobrego posiłku i rozmowy z kimś. Tuż za miejscem gdzie się spotkaliśmy zaczął się porządny zjazd, na którym zgubiłem koszulkę, którą suszyłem. Ale w końcu zaczęło mi się dobrze jechać (może to kwestia wódki, którą wspólnie wypiliśmy do obiadu).
Pod koniec dnia złapałem znowu gumę i żeby jeszcze tego było mało, złamała mi się nóżka i zaczęło padać. Kolejnej nocy w mokrym namiocie bym nie wytrzymał, udało się znaleźć jakiś nocleg i to za świetną cenę (25zł). Po 4 dniach mycia się w misce, ciepły prysznic to wspaniała sprawa :D Strasznie obawiałem się tej Ukrainy, a już widzę że będę za nią tęsknił.
Dzień 6 (13.07.2014)– 141 km, łącznie 836 km;
Noc w zajeździe to coś czego mi trzeba było. Bez wątpienia dzień załamania już za mną. Jechało się świetnie. Bez problemów na granicach. Na Węgrzech z powodu niedzieli miałem problemy ze znalezieniem czynnego sklepu i nie mogę nigdzie kupić wody. I znowu złapałem kapcia. Tuż przy granicy z Rumunią zatrzymałem się w restauracji na obiad gdzie do swojego stolika zaprosiło mnie trzech kolarzy z Rumunii. Zaproponowali wspólną drogę do Carei, pokazali miasto, pomogli znaleźć bankomat oraz zaprosili mnie do knajpy (jeden z nich był jej właścicielem) gdzie mnie niesamowicie ugościli. Byli zachwyceni pomysłem z generatorem oraz moją kuchenką. Na pożegnanie pokazali mi czynny sklep oraz odprowadzili mnie na pobliski camping.
Dzień 7 (14.07.2014)– 201 km, łącznie 1037 km;
Rano dowiedziałem się że Niemcy wygrali mundial. Dzień zaczęty od prysznica i zmiany ogumienia - w nocy zeszło powietrze z tylnego koła. Cały dzień plaska droga, idealny asfalt. Jestem zaszokowany jakością dróg w Rumunii. Co kilometr przy drodze stał betonowy słupek z numerem i kilometrem drogi oraz informacją ile kilometrów jest do najbliższej miejscowości oraz jakiejś większej.
Widoki dosyć monotonne, cały czas tylko pola kukurydzy, słoneczników i zboża. Cieszę się że udało się złamać granicę 1000km. Zgubiłem flagę.
Dzień 8 (15.07.2014)– 163 km, łącznie 1200 km;
Zapowiadał się podobny dzień do poprzedniego i właściwie taki był. Na uwagę zasługuję miasto Arad – nie planowałem się w nim zatrzymywać, ale zachwyciło mnie swoimi zabytkami i postanowiłem zrobić w nim przerwę.
Znalazłem lumpeks gdzie kupiłem białą i czerwoną koszulkę i za pomocą opasek zaciskowych zrobiłem nową flagę. Kolejna nocka w kukurydzy, tym razem już w Serbii.Dzień 9 (16.07.2014)– 95 km, łącznie 1295 km;
Bez wątpienia jeden z gorszych dni wyjazdu co widać nawet po ilości przejechanych kilometrów. Rano chciałem zrobić pranie i zauważyłem, że mam pękniętą miskę. Następnie po przejechaniu 30 km złapałem gumę. Próbowałem ją załatać 2 razy ale cały czas uciekało z niej powietrze. Pokierowany wróciłem się 1 km do wulkanizacji gdzie młody chłopak załatał mi jedną dziurę, poczym znalazł 3 i na sam koniec wyszła jeszcze jedna. Po ostatnim łataniu już nawet nie chciał jej sprawdzać, bo by jeszcze kolejna wyskoczyła.
Łącznie straciłem 3 godziny, była 14 a ja miałem ledwie 30km przejechanych. Żeby tego jeszcze było mało ok. 16:00 złapała mnie ulewa dlatego byłem zmuszony do postoju. W miejscowości Kovin, w sklepie komputerowym udało mi się naprawić generator.
Na noc postanowiłem zatrzymać się w hotelu w miejscowości Smeredewo. Kolejnej nocy w mokrym namiocie bym nie wytrzymał.
Dzień 10 (17.07.2014)– 161 km, łącznie 1456 km;
Z samego rana kupiłem nową miskę. Wyjeżdżając ze Smeredeva spotkałem kolarza z Francji (ok. 60 lat.), który jechał do Stambułu i był to jego 56 dzień wyprawy, a łącznie planował zrobić 9000 km. Spotkanie z nim dało mi nową energię do pedałowania. Jadąc małymi drogami trochę się pogubiłem. Pytając o nazwę miejscowości uzyskiwałem odpowiedź „same prawo”. Dopiero po jakimś czasie skumałem się że „same prawo” oznacza cały czas prosto. Dzisiaj namiot rozbiłem u jakiś ludzi.
Dzień 11 (18.07.2014)– 151 km, łącznie 1607 km;
Z samego rana znów mi padł generator. Po południu udało mi się dojechać do miejscowości Nis, gdzie zrobiłem krótką przerwę na zwiedzanie miasta.
Od razu za miastem zaczęły się potężne góry. Droga wydawała się płaska a mimo to jechało się okropnie, jakby ktoś dowiązał mi coś do roweru i jeszcze zaczęły się tunele, a ja przez zepsuty generator nie miałem świateł…
Z racji braku sklepów przy drodze zdecydowałem się na obiad w przydrożnej restauracji. Ok. 18:30 w miejscowości Pirot zdecydowałem aby po raz kolejny rozbić namiot u kogoś na podwórku. W pierwszym domu gospodyni odmówiła i powiedziała żebym rozbił namiot w centrum miasta w parku. Całe szczęście szybko udało się znaleźć dom, przed którym bez problemu mogłem się rozbić.
Dzień 12 (19.07.2014)– 149 km, łącznie 1756 km;
Rano zostałem jeszcze ugoszczony przez gospodynię ciepła herbatą. Szybko udało się dotrzeć do granicy Serbsko – Bułgarskiej i popołudniu znajdowałem się już w Sofii. Pytając o drogę do cerkwi św. Jerzego spotkałem dwie studentki, które postanowiły oprowadzić mnie po całym mieście.
Wyjazd z miasta zgotował mi wiele strachu. Okazało się że droga, którą planowałem wyjechać jest autostradą, choć na mojej mapie była zaznaczona jako zwykła. Widząc szerokie pobocze postanowiłem jechać, musiałem pokonać jedynie 15-20km. Wszystko byłoby ok gdyby nie fakt że nagle na autostradzie zaczęły się tunele. W tunelu na autostradzie nie ma pobocza więc byłem zmuszony do jazdy zwykłym pasem. Czysta głupota. Przyznam szczerze gacie miałem pełne gdy słyszałem że za mną jedzie jakiś tir, który na mnie trąbi. Każdy dźwięk w tunelu słychać 100 razy głośniej. I znowu pech…. rozpętała się ulewa a ja złapałem gumę na autostradzie.
Pod koniec dnia szukając hotelu po raz pierwszy na własnej skórze doznałem tego o czym tylko słyszałem na temat Bułgarów i ich kiwania głową na „nie” mówiąc tak i na odwrót. Zostałem totalnie zdezorientowany.
Dzień 13 (20.07.2014)– 156 km, łącznie 1912 km;
Okropny dzień. Zaczęły się ogromne podjazdy i niewiarygodny skwar. Na podjazdach byłem zmuszony do robienia przerwy co 500m .
I ten 20 km podjazd do granicy Macedońskiej… tragedia. Całe szczęście Macedonia przywitała mnie cudownym 30 km zjazdem (pierwsze 10 km było strasznie strome i przejechane z prędkością 50 km/h). Wystarczyło przejechać jedną górę i nagle zaczęły się zupełnie inne widoki – góry porośnięte drzewami zamieniły się w pagórki zarośnięte trawami.
I kolejna awaria tylnego koła... Nie mam już żadnej nowej dętki i zostały mi tylko 3 łaty.
-- 29 Paź 2014 19:30 --
Dzień 14 (21.07.2014)– 113 km, łącznie 2025 km;
Z samego rana zdecydowałem się na zmianę trasy, aby jak najszybciej dojechać do Skopje gdzie będę mógł znaleźć sklep rowerowy. Początkowo planowałem odbić na Kosowo, a dopiero później zahaczyć o stolicę Macedonii ale z racji ostatnich usterek musiałem jak najszybciej znaleźć sklep rowerowy.
Jeśli chodzi o Skopje to będąc tam obiecałem sobie że jeśli w 2015 roku Wizzair zorganizuje tam maraton i będzie znowu rozdawał vouchery zniżkowe to nie ma bata, polecę tam i pobiegnę swój pierwszy maraton w życiu. W tym roku naciachałem chyba z 30 kuponów a w połączeniu z 10leciem Wizzara otrzymałem m.in. Dubaj przez Budapeszt RT za 140 zł. Ok. 16 dotarłem do granicy, a pierwsze rzeczą jaką ujrzałem w Kosowie była … ogromna flaga Albanii. Przepiękne góry i strasznie specyficzny klimat, który ciężko scharakteryzować.
Nocka na w namiocie na jakiejś łące… nad głową co chwile lata jakiś helikopter wojskowy a z meczetów cały czas słychać jakieś modlitwy. I ten sms od Playa… „Play wita w Monako…” BTW Wiedzieliście że w Kosowie jest Euro?
Dzień 15 (22.07.2014)– 160 km, łącznie 2185 km;
W nocy znowu złapała mnie burza i byłem zmuszony wstać przed 5. W Pristinie – stolicy Kosowa sporo czasu zajęło mi znalezienie jakiegoś miejsca gdzie mógłbym kupić jakiekolwiek pamiątki. Po południu byłem już z powrotem w Skopje i znowu zahaczyłem o sklep rowerowy bo po drodze złapałem gumę. Pech mnie chyba nie opuszcza znowu przegapiłem gdzieś zjazd na odpowiednią drogę i droga zamieniła się w autostradę i do tego znowu zaczęło mocno padać.
Dzień 16 (23.07.2014)– 152 km, łącznie 2337 km;
Dzień bez szczególnych przygód. Udało się pobić rekord prędkości – teraz nowy wynosi 60 km/h. Do Grecji mam już 10 km.
Dzień 17 (24.07.2014)– 172 km, łącznie 2509 km;
Grecja przywitała mnie płaską drogą i dosyć szybko znalazłem się w Tesalonikach.
Znowu problem z wyjazdem z miasta ponieważ była autostrada i po paru kilometrach szukając jakiejś alternatywy zdałem sobie sprawę że to jedyne rozwiązanie. I znowu problem, pojawiły się bramki – pierwsze udało się przejechać z jakimś tirem natomiast już na drugich wyszła do mnie straż, która mnie zatrzymała. Przeprowadzili mnie przez ogrodzenie i kazali jechać jakąś piaskową drogą do małej miejscowości, gdzie dalej bez problemu powinienem znaleźć drogę do Katerini. [Uprzedzając Wasze pytania autostrady, którymi jechałem nie miały dróg serwisowych]. Wieczorem zajechałem jeszcze na plażę aby umyć się i zrobić pranie. Namiot rozbijałem już po ciemku, kompletnie nie wiedząc gdzie się znajduję. Rano okazało się że przede mną znajdowała się góra Olimp.
Dzień 18 (25.07.2014)– 150 km, łącznie 2659 km;
Po 20 km zaczęło mi się robić duszno i słabo, dosyć częste przerwy i po raz pierwszy zacząłem pchać rower pod górkę. 6 godzin ciągłego wdrapywania się żeby po 30-40 km dotrzeć do zjazdu. Jestem wykończony i chyba powoli nie kontroluje siebie o czym może świadczyć fakt że w Larisie po zakupach w supermarkecie okazało się że nie przypiąłem roweru, mimo że wcześniej wyjąłem łańcuch i położyłem go na bagażniku. Kolejna nocka w namiocie.
Dookoła namiotu kompletnie nic nie ma…
Dzień 19 (26.07.2014)– 135 km, łącznie 2794 km;
Po kilkunastu kilometrach zobaczyłem tabliczkę Ateny – 270km i wstąpiły we mnie nowe siły oraz wiara, że już jutro mogę dotrzeć do celu. Szybko moje plany zmieniły 2 strome 5 km podjazdy. Wyjeżdżając z Lami autostradą widząc zjazd na drogę, którą powinienem jechać oraz górę na którą będę musiał się wdrapać, zmieniłem plany i postanowiłem dalej jechać autostradą.
Fizycznie nie dałbym rady pod nią podjechać... chyba że cały dzień bym pod nią wpychał rower. Nocka za ogrodzeniem na autostradzie. Pod rękawiczkami pojawiły mi się na dłoniach bąble.
-- 29 Paź 2014 19:35 --
Dzień 20 (27.07.2014)– 130 km, łącznie 2924 km;
Dzień przywitał mnie 2,5 km tunelem na autostradzie.
Tuż za nim zostałem zatrzymany przez straż drogową, która kazała zjechać mi pobliskim zjazdem. Chwilę później okazało się że trafiłem na drogę, przypominającą starą drogę do Aten (tą sprzed autostrady). W moim przekonaniu utwierdził mnie pewien grecki kolarz, którego spotkałem.
Niestety po przejechaniu 5 km, droga z powrotem doprowadziła mnie na autostradę. Praktycznie cały dzień jechałem autostradą lub drogą serwisową tam gdzie było to możliwe. 5km przed Thivą (miejscem gdzie planowałem zjeżdżać z autostrady i jechać inną drogą) złapała mnie znowu straż drogowa i eskortowała do najbliższego zjazdu. Ale czad… własna eskorta :D Z racji jazdy autostradą przez cały dzień nie widziałem żadnych sklepów i nie robiłem żadnych zakupów. W Thivie okazało się że wszystko jest pozamykane ponieważ jest już późno i jest niedziela. Jestem wykończony, patrzę na nogi i ręce i jest tragedia. Zrzuciłem sporo kilogramów, jestem głodny, nie mam nic na śniadanie, na kolację i nie wiem za ile kilometrów znajdę następny sklep.
Dzień 21 (28.07.2014)– 87 km, łącznie 3011 km;
Sklep znalazłem dosyć szybko i równie szybko dojechałem do Aten. Pod Akropolem stanąłem mając na liczniku 2992 km. Tyle czasu czekałem na ten moment, a w ogóle się tym nie cieszyłem, po prostu nie mam sił.
Dzień 22 (29.07.2014)– 8 km, łącznie 3019 km;
Nocka w hotelu i prysznic oraz pierwszy dzień bez pedałowania to coś co na pewno choć trochę mnie odbudowało. Z samego rana oddałem rower do serwisu i ruszyłem na zwiedzanie miasta. Ciekawa sprawa, że jako Polski student prawie wszędzie miałem wejście za darmo.
Zwiedzając Akropol podłączyłem się do Polskiej wycieczki i udawałem Greka :D Podjąłem decyzję, że jutro wyruszam w drogę powrotną. Muszę coś zmienić, bo w takim stanie nie ma szans żebym dojechał do Polski, postanowiłem robić w godzinach największego upału kilkugodzinne przerwy. Wieczorem w pobliskiej kafejce internetowej zrobiłem też kilka screenów gogolowskich z drogą do Lublany, ponieważ na tym odcinku na mojej mapie nic nie widać.
Dzień 23 (30.07.2014)– 143 km, łącznie 3162 km;
Wczoraj wieczorem udało się naprawić generator. Droga minęła dosyć szybko, widać że wróciły do mnie siły, ale też zupełnie inaczej się jedzie mogąc słychać muzyki. Po drodze nawet ustanowiłem nowy rekord prędkości 62km/h.
Dzień 24 (31.07.2014)– 119 km, łącznie 3281 km;
Powrócił dobry humor. Droga do Termopil szybko minęła. Tuż przed podjazdem pękła i obręcz i wyrwało szprychę.
Na szczycie spotkałem Turka, który jechał do Delfi, zrobił podobny dystans i miał 30 dzień podróży. Takie spotkania naprawdę dodają siły. Zjeżdżając ze szczytu kilka razy przekroczyłem dozwoloną prędkość i nawet wyprzedziłem zjeżdżającą ciężarówkę mając ok. 50k/m. Niezły wyczyn jak na rower.
2 godzinna przerwa pod Lidlem w Lamii i po kilku kilometrach złapałem gumę. Chyba pech znowu do mnie powraca. W Atenach miałem zmienić oponę tylnią z przednią aby się równomiernie zużywały ale doszedłem do wniosku że zrobię to jak złapię gumę aby zaoszczędzić sobie robotę. Tylnia opona była tak podziurawiona że dało się przez nią przełożyć długopis.
Na szczęście udał się jakoś wrócić do Lamii i znaleźć otwarty sklep rowerowy. Niestety nie mieli nowej obręczy 28 calowej, a więc muszę dalej jechać z krzywym kołem.
-- 29 Paź 2014 19:42 --
Dzień 25 (01.08.2014)– 141 km, łącznie 3422 km;
Tak dobrze mi się jechało, że aż musiałem się zmusić do popołudniowej przerwy. Większość dnia dosyć płasko. Pod koniec dnia w miejscowości Meteora spotkałem kolorowy samochód z polskimi studentami. Strasznie rozbawiła mnie ich przygoda z przejścia Chorwacko-Bosniackiego gdy dając celnikowi paszporty zapomnieli, że 2 osoby śpią na dachu samochodu. Nie zapomnę tez tej miejscowości z bardzo dziwnych gór, które tam widziałem.
Dzień 26 (02.08.2014)– 139 km, łącznie 3561 km;
Od samego rana nie chciało mi się jechać, jestem strasznie senny. Sporo podjazdów a otuchy dodają mi co chwilę machający ludzie, których mijam. Na jednym ze zjazdów musiałem w coś walnąć, ponieważ nagle trochę mocno wykrzywiło mi się koło.
Aby jechać dalej musiałem odłączyć tylni hamulec. Ostatnie 50 km widząc znikome natężenie ruchu (1-2 samochody na minutę) zdecydowałem się na jazdę autostradą, aby nie zgubić się na nieoznakowanych małych bocznych drogach. Wieczorem dojechałem do Kastorii. W miejscowości nie widziałem żadnego hotelu a jedynym miejscem jakie znalazłem na rozbicie namiotu była jakaś opuszczona posesja.
Dzień 27 (03.08.2014)– 123 km, łącznie 3684 km;
W końcu po 10 dniach opuszczam Grecję. Pożegnała mnie ona pięknym akcentem. 2 km przed granicą zaatakowały mnie dwa psy pasterskie. Jeden z nich rozszarpał mi koszulkę, która suszyłem na sakwach. Całe szczęście udało się uciec. Pierwszy fakt, który rzuca się w oko w Albanii to jak tu jest tanio. Za obiad dwudaniowy w restauracji zapłaciłem 8 zł.
Ok. 16 zobaczyłem na poboczu polskiego tira. Postanowiłem się zatrzymać i pogadać. Kierowca czekał na konwój, który powinien z nim jechać od granicy. Rozmawialiśmy prawie godzinę i przez ten czas opowiedział mi wiele ciekawych historii w tym jedną, która mnie troszkę przestraszyła. Dwa lata temu będąc w Albanii spotkał polskich żołnierzy stacjonujących w Kosowie. Na pytanie jak tam jest, uzyskał odpowiedź, że ostatni tydzień był spokojny tylko jedna bomba i jeden policjant zabity. Sam nie wiem ile w tym prawdy ale cieszę się, że Kosowo mam już za sobą.
Dzień 28 (04.08.2014)– 122 km, łącznie 3806 km;
„Nigdy nie wiesz kiedy i w co zamieni się tutaj droga” Słowa kierowcy faktycznie się sprawdziły.
Nagle główna droga z Grecji do stolicy Albanii zamieniła się w piaskowo – żwirową drogę z elementami płyt betonowych. Zapowiadał się najtrudniejszy dzień wyjazdu, według mapy moja droga prowadziła między dwoma szczytami (ok. 2900m i 2600m).
Mimo potężnych i wspaniałych gór droga okazała się przez większość dnia płaska. W miejscowości Elbasan zatrzymałem się na obiad, a podnosząc rower na wysoki krawężnik wyrwałem siodełko. Żeby mojego pecha było mało kilkanaście kriometrów dalej w 2,5 km tunelu pękła mi obręcz w drugim miejscu i wyrwało mi na raz 4 szprychy.
W nocy sporo strachu bo mój namiot zaatakowało kilka psów. Udało się je przegonić ale wracały jeszcze z 4 razy w ciągu nocy.
Dzień 29 (05.08.2014)– 165 km, łącznie 3971 km;
Do stolicy dojechałem dosyć szybko bo miałem do niej tylko 15 km. Udało się też znaleźć sklep rowerowy, gdzie dostałem nową obręcz. Niestety nie mieli tam przekładni 8 biegowej i musiałem zadowolić się 7 (stara przekładnia była połączona z Piastem i nie dało się jej zamontować do nowej obręczy).
Z nowym kołem jechało się tak dobrze, że wieczorem udało mi się dojechać do Czarnogóry.
-- 29 Paź 2014 19:47 --
Dzień 30 (06.08.2014)– 120 km, łącznie 4091 km;
Próbując przedostać się do morza natrafiłem na 4,5 km tunel. Zostałem zatrzymany na bramkach i aż godzinę czekałem aż panu z obsługi uda się złapać jakiś samochód dla mnie. Tuż za tunelem trafiłem na drogę wzdłuż morza, którą będę jechał przez prawie 700km. Cudowne widoki.